piątek, 21 listopada 2014

Godzina W?

Oh właśnie wróciłam z kina, z kolejnej części Igrzysk Śmierci… Muszę powiedzieć, że film nie zrobił na mnie jakiegoś zbytniego wrażenia. Jednak obudził we mnie "coś" do myślenia. Ciężki temat bo ciężki, ale co tam ... WOJNA ... Rozumieć te pojęcie można różnie. Jednak te negatywne cechy czy tam wyjaśnienia przeważają. Nie chcę jednak myśleć o słownikowym znaczeniu tego słowa... Czym dla mnie jest owa sytuacja zwana wojną? Może i kiedyś była to walka o lepsze jutro jednak teraz? Kiedy patrząc prawdzie w oczy jest lepiej, ale ludzie i tak narzekają. Nawet ci najbiedniejsi żyją lepiej niż w czasach poprzedniej wojny, jednak chcemy lepiej... Owszem można, a nawet polepszanie naszego bytu jest wskazane, tylko czy musimy go udoskonalać walką z niewinnymi osobami - idąc po trupach? Wojna to nie ogół, dlaczego patrzymy przez ten pryzmat kraju? Okej, zdarza się, że nie lubimy kogoś - lecz nie zabijamy go (a jeśli to robimy, jesteśmy nienormalni) z tego powodu. Tak po części jest teraz, jakieś państwo nie lubi innego i powoli chce je zniszczyć. Nie wiem czy w tym XXI wieku jest miejsce na zdobycia terytorialne... Rozumiem mniejszości narodowe i te sprawy, jednak pytam po raz kolejny - czy to jest powód do zabijania? Myślę, że za bardzo patrzymy na ten ogół - a ów zbiorowość otacza nas znieczulicą. Może spójrzmy na każdego człowieka osobno, jest taki jak my. Ma rodzinę, którą kocha i chce bronić. Tak jak my dorastał i szedł przez życiowe ścieżki doświadczenia. Walczy dla swojego kraju, jest bohaterem dla własnej żony i dzieci - jest zmuszony do zabijania, lecz i on może polec - a co po nim zostanie? W/w ogół i płacz rodziny. I tak samo jest po drugiej stronie. 
Pojęcie bohater kraju istniało dawniej, teraz jeśli by miało coś się zdarzyć, będzie jeden przycisk - cały kraj może zniknąć z powierzchni Ziemi, miliony istnień zabitych przez inne. Tyle lat walczyliśmy o pokój z ONZ na czele, a teraz zaczęły się kolejne zamieszki - tym razem na skalę światową. Czy tak ciężko zrozumieć, że jedna gierka ciągnie za sobą kolejne? To tak jak z dziećmi, "on zabierze mi zabawkę, a ja dwie". Może wszyscy się nawzajem pozabijamy, albo ów przycisk zadziała inaczej niż miał? To nie film, w życiu nie ma reguły "zło zazwyczaj przegrywa". Życie to totolotek, możesz się starać i być dobrą osobą - a "odstrzelą" cię pierwszego (nie mam na myśli dosłownego odstrzelenia, przy temacie wojny można tak pomyśleć, jednak w tym przypadku to tylko i wyłącznie metafora). 
Może powinniśmy się zacząć cieszyć naszą egzystencją na tym świecie? Może natura planuje na nas zemstę rodem z filmu Interstellar? Wtedy będziemy musieli połączyć siły, chociaż taka siła pozaludzka zawsze łączyła ludzi. Pewnie każdy byłby przyjacielem, a ropa naftowa i terytorium odeszłyby na drugi plan. Zostawiam Was z tymi pytaniami... 

Tekst jest w 100% subiektywny, takie są moje odczucia... Jeśli się z tym nie zgadzacie - a jest tak na pewno - to cóż, pogląd, poglądowi nie równy. A różnorodność jest piękna, czyż nie? Nie chciałam nikogo tutaj prowokować, ani nic w tym stylu... Pomysł narodził się nagle, chce mi się siku - a siedzę przy komputerze i to piszę. Cóż za poświęcenie. 


Dobranoc. 

niedziela, 9 listopada 2014

niematytułu

Gdybym miała zliczyć wszystkie łzy, które wylałam w ten weekend za pewne nie starczyłoby miejsca w wiaderku. Nie wiem co się dzieje... czuję się jakby świat postanowił ot tak mnie olać. Wszystko za co się zabiorę kończy się tragicznie, nie umiem myśleć racjonalnie, a same myśli się zapętlają. Może wyda się to głupie, ale te momenty załamania które opisywałam na tym czy poprzednim blogu to było nic. Oddałabym wszystko za to by się ułożyło, niekoniecznie na moją korzyść. Po prostu nie chcę tego chaosu, dobry case to zapomnieć... A jeszcze lepszy wyjechać. Skoro i tak mam zamiar zmienić studia to czemu by nie przenieść się do Krakowa czy też Wrocławia. Nie sądziłam, że to kiedyś napiszę - ale nie mogę dłużej tu wytrzymać. Teraz jest tylko jeden wielki chaos, mimo iż należę do bałaganiarskiego typu - to tego nie umiem znieść. 

sobota, 8 listopada 2014

Pora na ...


... coś dłuższego ... 

Gdzie się podziała moja motywacja, mój humor i inne spojrzenie na świat? Nie ogarniam co się stało, a raczej co się dzieje. Nie mam chęci na nic, a najbardziej na te studia. Nie rozumiem co te durne humanistyczne przedmioty mają wspólnego z moim kierunkiem... Nie polecam wybierać kierunku na wydziale filologicznym... nawet jeśli nie ma on nic wspólnego z filologią. Może po specjalizacji się zmieni? Przeczekam ten rok, a potem zobaczymy. Ah, przyznaję popełniłam kolejną głupią rzecz w moim życiu... niby z takich spraw potem się śmieje, ale ja jeszcze nie śmiałam się z ani jednej... 
Może po prostu jestem smutnym człowiekiem, tak to na pewno to. Szkoda, że to się pogłębia. No, ale cóż mogę zrobić? Nie będę już próbować rozwiązywać niczego sama, bo źle to się kończy. Może w końcu się nauczyłam czegoś na własnych błędach? Za późno, ale podobno nigdy nie jest za późno i lepiej późno niż wcale? A myślałam, że jesienna depresja mnie w tym roku nie dopadnie... 

sobota, 1 listopada 2014

pierwsza!


siedem, a zarazem jeden. 

wtorek, 21 października 2014

sobota, 18 października 2014

znalezione w wersjach roboczych...

Otwierasz oczy, budzisz się zupełnie inny... Cała idea Twojego świata obróciła się o 180 stopni... Próbujesz się cieszyć, jednak coś nie jest tak. Nie ma już tego "pomiędzy", ani tego "kiedyś". Pięć sekund uśmiechu, reszta dnia pustki. Co robić, co się dzieje? Pomocy. I tak mogę se wołać w nieskończoność. Póki sobie sama nie pomogę nikt nie pomoże. Czy ten rok serio musi mieć w sobie wyłącznie serie złych wyborów? We wszystkich sprawach gdzie mogłam wykonywać wybór, zrobiłam ten zły ruch. Nawet kiedy miałam tylko dwie opcje.








2:0 dla losu, za chwile koniec meczu...

poniedziałek, 13 października 2014

Dwa bieguny

Ciężko jest ogarnąć niektóre sprawy, jednak jak na razie jest wszystko ładnie i pięknie... ale mam wrażenie, że utworzyły się takie dwa bieguny. Są one za razem odległe i bliskie siebie. Ale jak bywa w magnesie odpychają się i nie można ich połączyć w jedność. Taki plus i minus. Powinnam odpowiedzieć sobie na pytanie, czego tak naprawdę chcę i oczekuję. Nie jest to łatwe, bo zapewne te dwa bieguny nie tylko będą oddziaływać na siebie, ale też na mnie. Każdy z inną przyczyną i skutkiem. No, ale chyba tego chciałam, co?


"Two worlds in your hands, in your heart."


środa, 1 października 2014

Czekając na tramwaj



/Chorzów, PL
 1.10.14/

Znowu zabieram się za coś nowego. Teraz to skończę, obiecuję. 
Witaj ponownie transporcie miejski, 
witajcie piątkowe lektoraty na ósmą rano.
Witajcie też fotograficzne weekendy.

Koniec wakacji,
zaczynamy.

poniedziałek, 29 września 2014

Proszę przeszłość wstrząśniętą niemieszaną - raz

Nie mam pojęcia jak opisać mój aktualny stan wewnętrzny... Wszystko stało się jedną wielką mieszanką i sama nie wiem czy mi czegoś brakuje, czy chcę o tym zapomnieć. Jest jesień więc to normalne, że mam dziwne humory... jednak tamtej jesieni chyba ich nie miałam. Widziałam wszystko w jasnych barwach i ciągle się śmiałam. Teraz też tak oczywiście jest, ale mniej. Najgorsze są wieczory i to wspominanie. Cieszę się, że przynajmniej nie myślę "co byłoby gdybym ..." Zrobiłam wszystko co mogłam, a nawet więcej przez co w jakimś sensie czuje się dobrze. Niektóre osoby jednak utrudniają niektóre sprawy i psują mój ład, w takich chwilach mam ochotę rozszarpać je i siebie również. Ponieważ ten ład zaakceptowałam i dzięki niemu ruszyłam dalej bez totalnego załamania i chciałabym żeby tak pozostało. Pewnie jak zacznie mi się uczelnia nie będę miała czasu na takie myślenie. Łączenie dwóch szkół to ciężka sprawa, nawet dla najlepszych. Chociaż myślę, że teraz tego mi trzeba. Podobał mi się ten weekend, już nie jest tak jak było, nie ma żadnych ulg ze względu na znajomości... trzeba walczyć od początku o uznanie i dobre stopnie. No cóż chyba ciężko będzie zawalczyć o jedno i drugie ze studio...  No ale cuda się zdarzają. :)

piątek, 26 września 2014

wakacji ciąg dalszy

No to moje wakacje powoli dobiegają końca... Jutro oficjalnie o 8 rano mam pierwsze fotograficzne zajęcia. Ha ha będą jaja, tym bardziej że mam w planie studio którego szczerze nienawidzę. Ale nie o tym tu, bo pierwsze wrażenia opowiem po tych zajęciach.
Obecne wakacje... Już w stu procentach w Polsce. Co z tego, że minęły dwa tygodnie czy nawet tydzień. Kto by liczył, ważne że w Polsce. No jakoś sobie to ładnie leci i towarzysko i czasem no life'owo w domu przed komputerem. Oczywiście towarzysko to Mariacka i inne ciekawe rzeczy. Co najważniejsze to takie przyzwyczajanie się znowu do transportu miejskiego. Nie no ta część wakacji mi się bardzo podobała, w końcu można było porozmawiać o pierdołach - nie ma już rozmawiania o nich w szkole na korytarzu, więc trzeba nadrabiać - a sam fb nie wystarcza niestety :D 
Co do tej no-lifowej rzeczywistości to oczywiście YT i oglądanie jakiś dziwnych filmików z gier (przez co sama znów zaczęłam grać, ale o tym za chwile) oczywiście FB i rozmowy o zielonych simsach z dziwnowa... Do tego mojito lub kawka i idealne jesienne wieczory welcome. Oczywiście jak już mówiłam zaczęłam znów grać na PS3, pierwszą grą był Dead Space - czego żałowałam... z każdym kolejnym potworem, wyłaniającym się znikąd, dostawałam mini zawału serca. Oprócz tego przeszłam (w końcu!!!) GTA V. No, a na lapku grałam w Simsy 4... które mi się w ogóle nie podobają i żałuję, że wydałam na nie kasę. 
Pozytywne rzeczy też robiłam. Kończyłam obrabiać zdjęcia ze zlecenia, wczoraj dostałam za nie kasę i oficjalnie koniec wieczornego siedzenia przy LR czy PS. (Na razie ...) 

A dziś? Dziś kierunek Pyrzowice odebrać tatę, a potem późna kawa na Jagiellońskiej. Jutro o 7 pobudka ...

wtorek, 16 września 2014

iskierka

Wrzesień się kończy, pora znów napisać. Tym razem mam wenę. Pisze to w aucie w drodze na wieś, taka wena najlepsza. Ogólnie to ta notka nie ma jakiegoś specjalnego tematu, sensu itd. Po prostu piszę to co mam obecnie w głowie... Słucham sobie Night Call i myślę o wszystkim co wokół mnie się dzieje. Dalej mam w sobie jakiś brak uczuć, a do tego doszła alergia i bardzo złe samopoczucie. Jednak nie chcę rozprawiać tu o moim zdrowiu.
Byłam dziś w moim liceum poodwiedzać ludzi i porozmawiać... ułożyć zapomniane puzzle. Powiem Wam, że poszło całkiem nieźle. Tak bardzo nie chciałam tam jechać, ponieważ spodziewałam się piorunów nienawiści, a dziesięciominutowy sen tego nie ułatwiał. Ale było przyjacielsko, bardzo... Oczywiście, że się cieszę... mimo wszystko cholernie zależy mi na tej przyjaźni. Nie da się zostawić w tyle czegoś, co próbowało się budować ponad rok (no chyba, że fundamenty nie są stabilne - ale to mi akurat nie grozi). No i nic nie poradzę na to, że mam mózg jaki mam i każe mi się przejmować najmniejszymi pierdołami. 
Ciężko jest mi się odnaleźć obecnie, tutaj w Polsce... Dalej mówię zamiast złoty to funt, a w sklepie dziwie się dlaczego tak dużo osób mówi po Polsku. Potrzebuje jakiejś iskierki albo nawet porządnego wstrząsu... Myślę, że więcej takich dni, jak dziś i rozmów, mi pomogą. Ah no i pewnie Uniwersytet Śląski swoimi sesjami zafunduje mi pranie mózgu. Mimo wszystko cieszę się - a to już jest jakieś uczucie. 

sobota, 13 września 2014

Berlin fotograficznie, w podróży do ...

Ohohoho czy uda mi się napisać pięć notek we wrześniu? Połowa właśnie minęła i tak w sumie nie mam żadnych przemyśleń. Szczerze to czuje się jakaś taka pusta od wszelakich uczuć... + zdecydowanie jestem robotem. Mimo iż jestem totalnie wykończona, to nie potrafię spać. Kocham to, bo mogę robić dużo rzeczy i w ogóle... Jednak z czasem to męczy.

Dziś wróciłam z Berlina. Spędziłam tam tydzień i było bardzo fajnie. Na prawdę nie wiem jak tu to rozwinąć. Po prostu było fajnie. Berlin jest fajny :)



niedziela, 31 sierpnia 2014

nuty wspomnień

Nie wiem jak się zabrać za tą notkę, ale ta piątka przy prawie każdym miesiącu wygląda tak ładnie, że postanowiłam przelać moje nieogarnięte myśli na ekran komputera. Ale ostrzegam, bo NIEOGARNIĘTE znaczy bardzo chaotyczne. 

Jaką rolę pełnią w moim życiu zdjęcia? Jeżeli myślicie, że to źródło wspomnień to się bardzo mylicie. Ok, przypominają mi jakieś wydarzenia, ale nie dodają prawdziwych emocji i odczuć tamtych momentów. Więc co jest tak naprawdę dobrym źródłem wspomnień Karoliny? Muzyka. Nic innego nie potrafi stworzyć wizji wspomnień tak, jak robi to muzyka. W nutach zapisane są moje najważniejsze momenty. Oczywiście teraz słucham wszystkiego z UK. Z każdą kolejną sekundą piosenek Alt-J albo M83 widzę to co miałam przed sobą dwa miesiące. Każdy krok, uśmiech, uciekające minuty, skrzyżowanie, uniwersytet, pustą drogę. Dzięki tym utworom mogę sobie to odtwarzać i wracać do mojego Liverpool'u. A kiedy na odtwarzaczu kliknę dalej mogę posłuchać czegoś co kojarzy mi się z minionym rokiem. To niesamowite jak mózg zapamiętuje wydarzenia i zapisuje emocje. Wyobraźcie sobie takie archiwum pełne wspomnień otagowanych utworami muzycznymi. Cudowne. 
Chyba jakoś dwa lata temu pisałam o czymś takim na poprzednim blogu. Co prawda do tamtych chwil nie chce wracać i nie umiem już słuchać piosenek z tamtego okresu, ale no cóż... pisałam wtedy, że wraz z melodią w uszach potrafiłam odtworzyć nie tylko obraz, również zapach, smak. No i tak jest do dziś. Na pewno dużo osób tak ma... więc się nie martwię ani nie cieszę, że jestem sama ;)

Powinnam iść spać. (Jutro po raz pierwszy od dwóch miesięcy jadę do mojego liceum odebrać nagrodę... Nie chce mi się bardzo, ale i tak kiedyś bym musiała to zrobić... przy okazji pozałatwiam rzeczy 'niepozałatwiane' <haha>) Jednak spać odkąd wróciłam nie potrafię. Myślę, że jestem robotem... Nie wiem jak człowiek może żyć dziennie z 2h snu. Nawet wczorajsza dziesięciogodzinna praca na szpilkach nie sprawiła, że szybko zasnęłam. 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Chciałabym ...

Czasem przychodzi taki czas w naszym życiu, że chcemy czegoś więcej... Będąc w liceum chciałam iść na studia by ruszyć do przodu z fotografią. Kończąc liceum chciałam cofnąć rok do tyłu, bo zabrało mi czasu. Wyjeżdżając tu chciałam jak najszybciej wrócić, a zbliżając się ku końcu pobytu myślę jak nie wracać. Chciałabym mieć takie życie jak Phil, takich przyjaciół jak on, spotykać się co tydzień w miejscu którego nazwy dalej nie pamiętam i wygłupiać się nie patrząc na to co będzie dalej. Jednak nie da się mieć wszystkiego i ciężko jest się dostosować do czyjegoś stylu życia w moim przypadku tego brytyjskiego. Innymi słowy oni tu dorastali, a ja mieszkam tylko dwa miesiące - dopasowanie się to mission impossible. Nie rzucę wszystkiego w Polsce (np. "darmowych" studiów) by żyć i uczyć się tu za £9000. Pewnie po jakimś czasie chciałabym wrócić do mojego polskiego życia. Ciężko jest dokonywać wyboru po dwóch miesiącach, a raczej kilku tygodniach z zegarkiem w oczach. Za dużo razy zbyt szybko i bezsensownie decydowałam. Nic nie jest stałe w życiu jak to mówił M. Chociaż czasem warto ryzykować to w moim przypadku kończy się to źle. Póki co jest to dla mnie czysta zabawa, bo nie muszę zarabiać na te moje chciałabym. Jednak są ludzie, którzy sami zarabiają sobie np. na w/w naukę w LJMU albo innym tego typu uniwersytecie. Pewnie takie osoby powiedziałyby chciałbym mieć tak jak ty i uczyć się prawie za darmo (nie porównuję prestiżu uczelni). 

Będąc tutaj na wyspach jakoś nauczyłam się życia, naprawdę. Przed wyjazdem sądziłam, że oprócz angielskiego żadnych profitów z tego nie będzie. Jednak poznałam zajebiste osoby, poznałam Phil'a - z którym mam nadzieje będę mieć dalej kontakt i to nie tylko na skypie. Mogłabym tu wymieniać wszystkie osoby za co im dziękuję i w ogóle, ale jeszcze o kimś zapomnę i co będzie? Tak naprawdę każdy kogo tutaj spotkałam zainspirował mnie do życia. Może i nie będę mieć takich przyjaciół jak Phil i może nie będę co niedziele odwiedzać Croxteth Lodge, ale mogę odwiedzać Żabie Doły z moimi przyjaciółmi. A zamiast studiować na LJMU, będę uczyć się na Uniwersytecie Śląskim. Być może kiedyś wyprowadzę się do UK, ale na razie poprowadzę swe życie tak by nie jechać tu za pieniądze rodziców. 

Powinnam napisać tego typu notkę w piątek w nocy albo w sobotę przed wylotem, jednak do tego czasu pewnie zapomniałabym co chcę napisać. Dawno nie było takich przemyślanych notek przez co blog wydawał mi się taki jak poprzedni - jednym słowem wielkie NIC. 

czwartek, 14 sierpnia 2014

dwa tryby

Jak to jest wracać do rzeczywistości? Nie wiem, dowiem się za 9 dni. Mam już jednak przebłyski tej szarości dnia codziennego. Podsumujmy więc ... teraz z zewnątrz jestem najszczęśliwszym człowiekiem, powiedzmy iż jest to moje liverpoolskie ja. Szalone i inne niż zawsze... ale wewnątrz? Spójrzmy prawdzie w oczy, gdy wrócę do Polski nie będę mieć nikogo kto mnie wysłucha. Nie wiem jak, ale nie będąc nawet w kraju straciłam dwie najważniejsze osoby. Zawsze sobie powtarzałam spoko ja nie potrzebuje tego żeby ktoś mnie wysłuchał, daję sobie radę ze wszystkim sama. Tak się składa, że nieświadomie jednak to robiłam i dopiero teraz, kiedy potrzebuje tej "mentalnej" pomocy, to zauważyłam. Bezustannie myślałam, że jak będę się starać i w ogóle, to będę dla tych osób coś znaczyć - polubią mnie, zaakceptują. Jednak chyba się przeliczyłam... Jestem tutaj i patrzę jak wszystko się rozpada i nie mogę nic zmienić. A na moim pięknym Śląsku czekają na mnie tylko rodzice. Powinnam napisać poradnik jak zepsuć sobie życie w dwa miesiące. Pierwszym rozdziałem będzie, wyjazd za granicę. 

Tutaj za to jest inaczej, na co dzień nie ma czasu na myślenie o tym co napisałam wyżej. Oczywiście wieczorami czasem przychodzą takie momenty i zachwiania; co będzie potem, itd. itp. Jednak częściej myślę o tym co ubrać i jaka będzie pogoda. Uśmiecham się i czuję się wolna od problemów, staram się nie patrzeć na to jak bardzo dobra przeszłość odpływa... To, że dziś przyszedł taki moment nie znaczy, że jutro będę płakać i marudzić. O nie ... Będę się cieszyć uśmiechem P., głupimi przypadkami i śmiać się z tego, że nadal nie nauczyłam się z której strony jeżdżą samochody. Takie jest to brytyjskie życie i tak zakończę te dzisiejsze marudzenie.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Lepszy odcień bordo

Zostały mi tutaj ponad dwa tygodnie. Więc postanowiłam zapomnieć o moich wszystkich polskich smuteczkach i zacząć żyć. Oczywiście, że powinnam tak zrobić od początku - ale chyba u mnie tak to nie działa. 
Jeśli są tu osoby, które czytały mój wcześniejszy blog - to wiecie, że miałam jakiś czas bordowy samochód. Lubiłam go no i ten kolor. Już kiedyś porównywałam go do innego koloru, ale zapomnijmy o tym... Chodzi mi o to, że znalazłam lepszy odcień bordo. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, haha. Tym razem nie chodzi o samochód. Oh god, teraz w sumie mogę bez metafor. Po prostu tak sobie czysto teoretycznie pomyślałam (no dobra, od dzisiaj praktycznie), że pora zrobić brytyjski milowy krok i poszaleć. W sumie to tak szaleje, że taranuje ludzi na schodach :) I tak pewnie znajdzie się jakaś osoba co powie, że to specjalnie. Ale w 100% nie, po prostu się spóźniłam i zapomniałam, że tu na odwrót się po schodach chodzi. Hm, tylko schody były puste ... ciekawe ciekawe :) Nie rozumiem bardziej tego tekstu niż napisałabym to metaforą, ale cóż.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Czary

...

Jestem prawie w stu procentach pewna, że los mnie tak 'uwielbia' iż postanowił się ze mną pobawić. Ilekroć stwierdzę, że okej jest tu fajnie - zróbmy parę ciekawych rzeczy- to na drugi dzień los z złośliwym uśmieszkiem klika delete i jest tak jak było. Oczywiście teraz mnie to bawi, bo i tak za trzy tygodnie wracam, ale no proszę no. Chociaż ten jeden raz zróbmy coś po mojej myśli, bo było dobrze nie? Jak wrócę będę próbowała zmagać się z Twoimi problemami, teraz daj mi własną wolę. Trzy tygodnie, tylko trzy - ani dnia więcej.
No także tego na razie jedynym plusem jest muzyczka z moich głośniczków.
Co tu jeszcze połowa najlepszych ludzi dziś wyjechała, wszyscy fajni wyjeżdżają. Tylko my z Kardelen i Karol trzymamy się póki co. Największy plus tygodnia (no w sumie znajduje się on na drugim miejscu największy plus jest inny) w końcu jest chłodniej!

Jutro może Manchester :)


poniedziałek, 28 lipca 2014

Akademickie życie

No to pora na kolejną porcję zdjęć... Jest niedzielny wieczór co oznacza, że bardzo się nudzę. Wzięłam więc do ręki mój prawie rozładowany aparacik i zaczęłam robić zdjęcia mojego nowego mieszkanka. Jeśli ktoś by mnie spytał jak jednym słowem bym je opisała, to ominęłabym wygląd i powiedziała głośne. Mam okno na ulicę, a na niej co 5 min autobusy. A o 3 w nocy ludzie lubią sobie trąbić. Po za tym to nie ma źle, ale jednak się cieszę, że zostaje na studia w domu. Tęsknię za moim wygodnym łóżkiem...
Dobra koniec gadania pora na parę fotek.

/Liverpool, UK
27.07.2014/






wtorek, 22 lipca 2014

przeprowadzka i inne makabry

Z tego co zauważyłam piszę tylko na tym blogu kiedy chcę ponarzekać albo jest mi cholernie smutno...
Teraz to ta druga opcja. Z resztą nawet kiedy mam dobry dzień to ta smutna część jest ze mną, a kiedy zacznę robić nic i dużo myśleć przy tym to już w ogóle jest bardzo źle. Myślę, że każdy czasem tak ma... Wszyscy (a przynajmniej większość) mają uczucia i emocje, a mieszanka tych rzeczy to bomba atomowa w czystej postaci. Niszczy nie tylko ciebie, ale też wszystko wokoło. No np. kwiatek już nie jest piękną rośliną a zwykłym badylem, który przeszkadza mimo iż nie robi nic złego. 
Trochę to takie egocentryczne i samolubne powiecie, ale w codziennym biegu nie ma czasu na myślenie o problemach. Kiedy jednak taki czas przychodzi to zapełnia wszystkie zadania mózgowego multitaskingu . Teraz pewnie usłyszę, ale jakie ty masz problemy, masz dopiero 19 lat, co ty wiesz o życiu. Odpowiem tak, a widzieliście człowieka bez problemów? Nawet dzieci mają problemy (np. zastanawianie się jakiego cukierka wybrać) z czasem jednak z nich wyrastamy... Dlatego, to co dla mnie jest problemem nie musi być dla ciebie... każdy problem też da się też rozwiązać, liczę na to...

A co do tematu to ... musiałam się przeprowadzić. Już nie mieszkam w zielonej dzielnicy Liverpool'a, a w samym centrum. Są tego plusy i minusy. Jak zawsze :) Ale jeszcze niecałe 5 tygodni i wracam do domu. 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Photos: Blackpool

Dosyć narzekania, czas na zdjęcia. Może jakoś ożywię ten blog i będę dodawać tu co jakiś czas moje mini projekty, relacje, reportaże. Tak wiem, od tego mam stronę internetową... Ale nie wszystkie zdjęcia się na nią nadają także po to jest blog by pokazać tą codzienność. Już dawno miałam to zacząć ale jakoś nie lubię działania bloggera co do zdjęć.

/Blackpool, UK
12.07.2014/









środa, 9 lipca 2014

zabawnie

Nawet nie wiem co tu pisać. Hmmm... u mnie okej, co raz bardziej lubię to miasto i troszeczkę nie chce się do Polski wracać. Obecnie to czekam na 12 i 15 lipiec, nooo tego 15 dowiem się czy się dostałam na studia. W ogóle to może nie chce mi się wracać do kraju przez to, że tyle spraw będzie trzeba załatwiać. Ogarnąć zdjęcia na weselu, dokończyć wszystkie sprawy ze studiami, no i zorganizować moją najważniejszą rzecz... Niestety chyba zostałam bez pomocy, jedynie mogę użyć google... no ale cóż bywa i tak. Przykre to trochę, ale nic nie poradzę. To o czym pisałam parę miesięcy temu ostatnio mnie prześladuje, do jakiegoś stopnia to rozumiem... ale kiedy zostałam teraz z tym wszystkim sama, bez jakichkolwiek rad to nawet myślę, że mogłam po prostu powiedzieć: nie, przykro mi nie dam rady - wyjeżdżam, a jak wrócę za mało czasu. Jednak zależy mi na tej wystawie i nawet jakbym miała ten tydzień po moim powrocie biegać, latać cały dzień żeby się udało - to zrobię to. 

piątek, 4 lipca 2014

dodatnio i ujemnie

No to pierwszy tydzień w UK prawie minął. Czuję się ... no dziwnie. Miasto cudowne, tylko że od wczoraj zaczęło lać. Jest zimno i w ogóle się nic nie chce. Czasem mam już dość słuchania tego ich dziwnego akcentu. Jedynie w szkole mówią z miarę fajnym akcentem. W szkole w ogóle jest fajnie, ale wyłącznie w te dni kiedy zajęcia są tylko po południu. Ale kiedy mam je od 9 do 16, to już zmęczenie czuć w każdej części mózgu. Na szczęście to tylko dwa z pięciu dni.
Do elementów na które mogę jeszcze ponarzekać należy np. moja karta sieciowa, która sobie postanowiła postrajkować.

Przyleciałabym chętnie na weekend do domu :( by chociaż spróbować poskładać tę układankę...

niedziela, 29 czerwca 2014

UK dzień 1

No to jestem w UK. Jak wrażenia? Hmmm no jest fajnie, miła rodzina i ładne widoczki. Co do języka to matura, a taka codzienność to dwie różne rzeczy. Co z tego, że zdałam ustną na 93%, jeżeli rozmawiając z rodowitą Angielką myślę 5748657 razy jakiego czasu użyć, co w ogóle powiedzieć. Może za te dwa miesiące się coś zmieni, nie wiem ...
Jutro pierwszy dzień w szkole. Kompromitacja językowa part 2 ... nawet nie wiem gdzie mam kupić bilet na busa :) heheheheh, so nice.

A co z moimi puzzlami? Oh.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

puzzle

Pewnie każdy z Was zastanawia się jak to jest dostać nagle jakąś siłę, kopa, pewność co do tego co chce się zrobić. No ja sama się zastanawiałam, mimo iż czasem miałam takie przebłyski... ale dziś? Dziś wstąpiło we mnie coś takiego czego nie da się opisać. Poprzednia notka była nieco pesymistyczna, uwierzcie że tak pesymistycznie czułam się przez cały czas od tego 15 czerwca. Sama z sobą nie mogłam wytrzymać i to gorzej niż przed maturą. Po prostu wystarczyła jedna myśl i byłam w kawałkach, puzzle - mega trudna układanka... A ciężko się ułożyć w jeden dzień i od razu skoczyć w przepaść i to nie tylko kilometrów... W sumie ta myśl, idea rodziła się od początku tego dnia, ale sama siebie do przodu bym nie popchnęła. Jednak moje drugie ja ma czasem trochę litości... cokolwiek by to nie było, dziękuję:)

niedziela, 15 czerwca 2014

...

Nie rozumiem już nic. Ba, czy kiedyś rozumiałam? Nienawidzę siebie za parę rzeczy, w ogóle tego nie potrafię ogarnąć... Niby to fajne, a czasem dostarcza samych problemów. No i dostawa nie kosztuje nic... Oh, potrzebuje rozmowy. Zepsułam, bo straciłam chyba ostatni moment na nią. Znając moje szczęście za te 2 tyg nie będzie tej możliwości... Wyjadę w takim humorze jaki mam teraz. Choć wiele razy się myliłam i mówiłam sobie - nigdy więcej - to teraz czuję się milion razy gorzej. A co mi często pomaga w takich stanach? Cieszyn. Tak więc ... we wtorek Cieszyn. Czasem moje problemy rozwiązują się same i zawsze miało to miejsce w tym mieście, więc czemu nie... 

niedziela, 8 czerwca 2014

Za horyzontem czeka cel?

Jak ten czas leci ... myślałam, że ten czerwiec będzie mi bardzo powoli płynął - a tu taka niespodziewanka. Pewnie, że się nie cieszę. Czym bliżej mojego wyjazdu tym bardziej mi się nie chce. Teraz jest tak fajnie, pięknie. Nooo za parę miesięcy to powinnam napisać amazing, splendidly... oh wow. Nie, nie, nie. Jakoś nie uważam tego języka za jakiś mega piękny i raczej przez te dwa miesiące nie zapomnę polskiego. Myślę, że podczas pobytu też będę pisać po PL, ale nie w szkole ... tam są jakieś kary za używanie innych języków. Najlepiej w ogóle się nie odzywać jak nie proszą... 

A co się działo u mnie przez ten czas kiedy tu nie pisałam? Hm, tak słodko-gorzko. Ale takie życie mi się podoba. Chociaż brakuje mi jakiejś narzuconej rutyny, to staram się żyć normalnie. Byłam na wsi, robiłam zdjęcia w deszczy. No oczywiście, że na mój wyjazd akurat musiało lać. 
Teraz jest ciepło, jest uśmiech. Zbyt dużo to się nie zmieniło. Niech się nie zmienia, jest fajnie... tak lubię. 

środa, 28 maja 2014

Red to blue

No nie wierzę... Co się z tym światem dzieje. Czerwony na niebieski, a niebieski na czerwony? Myślałam, że to tylko w moich myślach się działo i śmiesznych przypuszczeniach... niestety moja psychika nie zdążyła nawet ogarnąć tego - tak byłam zszokowana. No nie wiem czy pozytywnie... z jednej strony tak, oczywiście. Z drugiej moje wyobrażenie dotychczasowego świata padło. Error i to chyba na tyle. Mam nadzieje, że to chwilowe - chociaż nawet jeśli nie to dla obu stron jest to pozytywne w jakimś sensie. Tylko trochę nade mną przejmuje kontrole. Chyba, że to była sprawa szoku. Bo w sumie nigdy czerwony nie będzie niebieskim, można zmienić design bloga - ale treść i styl pozostaje. Tak ... Kurde, ale co jeśli to tylko uwydatni i podkreśli tą treść? Ymm dobra, nie to niemożliwe. 

Taaaaa, nie wiecie o czym piszę nie? ;)


piątek, 23 maja 2014

niebieski pomidor

Najlepszy dzień. Nie spodziewałam się, że tak może być jeszcze lepiej niż zazwyczaj było. Teraz docenia się każdą sekundę, nie jak wcześniej wkurzało się na drobne rzeczy. Nie wiem ile mi się będzie to podobać, ale po dzisiejszym dniu stwierdzam, że jest okej. Tego potrzebowałam. W sumie to tak wesoła jeszcze nigdy nie byłam, ej wakacje dobrze na mnie działacie, dobrze! :) Tylko ten spalony nos ... 

Reszta dnia również super, naprawianie grafiki z Piotrkiem, potem siedzenie w aucie i udawanie wyspecjalizowanego handlarza samochodami... "Patrz, tu masz taką fajną półeczkę na telefon". Gdy dotarłam do domu jedzonko w końcu, potem przyjechała ciocia. Mam wrażenie, że bardzo popularnym tematem jest moje UK, hmmm tylko o tym ostatnio moja rodzina mówi. 


A teraz w końcu mogę na tym blogu napisać coś ważnego więc:  14/21*! ♥




* tajemnicze numerki, co to będzie, co to będzie?! :) 

czwartek, 22 maja 2014

osiemdziesiąt

Tak jest! Zdałam ustny polski! Na 80%! Cieszę się niesamowicie, że najgorszy stres już za mną. W poniedziałek angielski i wakacje. Naprawdę ich potrzebuję. Poczułam to dziś i wczoraj. Myślę, że taki układ będzie lepszy. Dopóki będę trzymała swoje tajemnicze "ja" na sznurku. Bo zrywanie ze smyczy to chyba już opanowane jest.

Spoko, dam radę. Jeżeli pokonałam stres i samą siebie podczas ustnej matury to powinnam i to zrobić. Przecież są Internety, one poratują w każdej chwili. 
A kiedy już tam będę znajdę swoje miejsce, najlepiej na plaży. Ciekawe czy będzie na to czas. Może ciągle będę musiała być w centrum i się uczyć. A może ciągle będzie padać? Chyba o kąpieli w morzu mogę zapomnieć? 
Ah tam jeszcze pełen miesiąc pobytu tutaj, w Polsce ... cudownie ♥ 

czwartek, 15 maja 2014

Karolina vs dom

Wiem, że mam się uczyć... no wiem no ... Mam już całe gardło zdarte od mówienia tej prezentacji w kółko... Chciałam się jutro jakoś odprężyć i normalnie porozmawiać (tak mi tego brakuje!) przy okazji trochę powkurzać i śmiać się. Ale mój kochany los mi zmienił plany... Więc jedynym miejscem do którego jutro wyjdę będzie bank. Trzeba założyć konto walutowe. Potem wieczorem tata przyjeżdża, dowiedziałam się dopiero wczoraj ... Więc bye autko na kilka dni... Karolina vs Dom - 0:1 

To nie jest śmieszne. Dodatkowo coś mnie bierze, super na maturkę ustną się rozchoruję... Nie no fajnie, fajnie. Nie narzekam, nie ma źle. Nawet ogarniam tą prezentację. Może zdam :) Jeszcze trzeba się przygotować troszkę na pytania. Także nawet lepiej jak zostanę w tym domu. Ale potem chcę nadrobić cały ten czas siedzenia, mówiąc nadrobić myślę - tak naprawdę NADROBIĆ czas :) troszkę się go nazbierało... 

wtorek, 13 maja 2014

więzienie zwane domem

O już 13 maj... Wow, jak to ładnie zleciało. Przede wszystkim ten czas matur, ale ten czas zwykły (albo niezwykły) też. Hmm... Nie wiem jak to skomentować, czuję się jakbym była 4524856km po za Polską. Tak jakbym nie mogła wrócić. Okropne uczucie, nie polecam. Czekam do czerwca i wracam z wielkim boom. 
Co do matur pisemnych, to chyba zdane. Chociaż nie wiem ... matma na pewno, angol na pewno, nawet rozszerzenie. Tylko nie wiem jak z polskim - czy trafiłam w ten klucz? Kurde, jeszcze czeka mnie ten ustny. Za równy tydzień, ja się boję, że sobie nie poradzę. A z czym? Z samą sobą. Ze stresem. To takie okropne, nienawidzę mówić czegoś tak oficjalnie. Już wolę ten angielski. 

Ciekawostka na dziś ... w 5 minut zebrałam się z domu żeby pojechać do szkoły odwieźć konspekt. Jechałam jak idiota, wkurzałam się na korki dużo gorzej niż zwykle. W sumie to nawet nie wiem czemu się tak spieszyłam. Nie było po co. Chyba, że dla czerwieni się powinno spieszyć. Co ja w ogóle mówię, nie wiem czy przez to siedzenie w domu już mi całkowicie odwaliło. Chociaż patrząc na moją podświadomość to chyba dawno jej już odwaliło, ale zazwyczaj ją trzymam przywiązaną na smyczy. A zrywa się tylko gdy nie ma konkurencji. Śmieje się sama do siebie, sama z siebie, sama do siebie. Jezu, chcę już wyjść z tego więzienia zwanego domem. 


ciao. 


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"To już jest koniec ... "

Jest po północy, a ja nie śpię. O, jutro szkoła? Aaaa nie! Otóż w piątek ją skończyłam- oficjalnie jestem absolwentką Abrama. Wyśpię się. W sumie i tak bym się wyspała, bo w poniedziałki miałam na 13. Szczerze? Już tęsknię za tą rutyną. Niestety, nic z tym już nie zrobię. Ciężko zamienić świadectwo z wyróżnieniem na niezdanie. Ja tu tak z żartami, a teraz serio... za tydzień matura. Nie wiedziałam, że to tak szybko zleci. Pamiętam pierwszy wrzesień, ciągle się mówiło - aaa to jeszcze tyle czasu ... tak naprawdę to zleciało mi to szybciej niż wszystkie inne lata. 

Może tak w skrócie opowiem dzień zakończenia. Myślałam, że będę płakać - nie płakałam. Jakoś myśl, że to koniec przyszła dopiero, gdy wróciłam do domu. Dzień zaczął się bardzo śmiesznie. Do tego jeszcze wszystkie miejsca parkingowe pod szkołą były zajęte ... Musiałam zaparkować za szkołą i lecieć w szpilkach. Najśmieszniejsza rzecz? Pierwszego września podjechałam do szkoły w tym samym czasie co pan S., no i w dzień zakończenia zrobiłam dosłownie to samo. Oczywiście nie specjalnie, nie mam jakiś GPS'ów pozakładanych. No szpiegiem nie jestem, prawda? Skojarzyło mi się to z taką klamrą (maturka za tydzień! trzeba używać takich słów), jak zaczęłam - tak skończyłam. A co dalej, hmm... weszłam do szkoły taka nieogarnięta, nie wiedziałam o co wszystkim chodzi - laski latały z kwiatkami; drugie klasy biegały jak poparzone dopracowując nasze zakończenie. Ciągle słyszałam: Karolina! Pani jakaś tam cię woła; Karolina! Co z naszym filmikiem?! - nie wiedziałam co się dzieje, chciałam załatwić rzecz najważniejszą i mieć święty spokój. Więc jak to ja olałam wszystko i poszłam na foto wręczyć mój prezent. 
Później akademia, idąc po świadectwo się nie zabiłam! - wyczyn nr 1. Jakieś quizy, sratytaty i brak naszego filmiku. No może i dlatego się nie popłakałam, nie czułam tej atmosfery... W klasie nudy, jakaś ankieta ... oczywiście komp nie umiał odtworzyć filmiku. No to Karolina leci do klasy obok (biegnąc nie zabiłam się! - wyczyn nr 2), na szczęście miała tam najpozytywniejsza osoba dnia i pozwolił mi puścić ten filmik. No i to w sumie koniec. Potem tylko rozmowy ze znajomymi. Uwierzcie, że to wszystko nie trwało tak krótko jak może się wydawać. W domu byłam chyba po 16 ... 

czwartek, 24 kwietnia 2014

to sen czy rzeczywistość?

Bardzo dziwny dzień. Zacznijmy od tego, że musiałam (no dobra chciałam) nastawić budzik na 6:25 ... Wstawanie o tak wczesnej porze po długiej przerwie to dopiero wyczyn. Ale no spoko budziłam się chyba z pięć razy przed tym budzikiem. Wstałam, umyłam się, ubrałam się. Szkoda tylko, że czułam się jak zombie. Wszystko mnie bolało, ale mimo to pojechałam do szkoły. Co z tego, że prawdopodobnie moja podróż w obie strony była dłuższa niż sam pobyt ... Prawie się zabiłam schodząc po schodach, nie mam pojęcia zielonego po co w ogóle wychodziłam do góry ... no potem to już było fajnie, pomijając moje samopoczucie. Podróż powrotna, korki korki i jeszcze raz korki, a do tego dawka bólu głowy. Mimo to jechałam z uśmiechem- organizmie drogi, nigdy cię nie zrozumiem. Przyjechałam do domu, ubrałam gatki z piżamy i poszłam spać. Gdy się obudziłam miałam wrażenie, że to wszystko było snem. Na szczęście to nie był sen chociaż wrażenie pozostaje. Oh dobrze, że to ostatni dzień wstawania tak wcześnie. Nie, nie dobrze ... Co ja w ogóle mówię. Nie mam do tego wszystkiego już siły. Jutro zakończenie, potem matura i amen - nie poradzę sobie, nawet nie wiem jakbym chciała to nie dam rady. 

środa, 16 kwietnia 2014

poniedziałek, sobota, sobota, sobota ....

Straciłam orientację w czasie. Przez to, że siedzę w domu czuję się jakby była ciągle sobota. Super? No jak dla mnie nie. Muszę przyznać, że tęsknię za tą codzienną rutyną. Za dylematami w stylu: "iść na angielski, czy pospać pół godziny dłużej". Tyle narzekałam na tę szkołę, a teraz to tak nudno i w ogóle bezsensu. Nawet nie mam chęci uczyć się do matury. 
Sobota. Tak, ciągle sobota. Czy przyjdzie jeszcze kiedyś niedziela? Te czekanie z uśmiechem na poniedziałek. Przebieranie się i myślenie co ubrać. Jazda na te dwie godziny, 'bicie' się o miejsce parkingowe. Uśmiech, dobry humor, mój parapet. Nawet nie wiecie jak będę tęsknić za tą miejscówką. To tam odbywały się najgłupsze jak i najważniejsze rozmowy. Tam można było obserwować ludzi, tańczyć do rytmu piosenek z radiowęzła. Pić tę cholernie przesłodzoną kawę. Narzekać na oceny z matmy, uzupełniać zadania, obgadywać samochody za oknem... Dni słoneczne, deszczowe, śnieg. Tak mi upłynął cały ten rok, a nawet trzy.  
Pisząc to mam ciągle w pamięci 1 wrzesień 2013. Weszłam do szkoły stanęłam przy tym parapecie i stwierdziłam, że to będzie dobry rok. No i chyba taki był. Chociaż było wiele nieciekawych sytuacji, to te fajne je wymazują. 
Na szczęście w przyszłą środę będzie ta wyczekiwana 'niedziela'. Może do tego czasu nie zgubię się w czasoprzestrzeni. Tak, nie zamierzam się zgubić w nicości.

niedziela, 13 kwietnia 2014

bez metafor

Niedziela wieczór. Tak spokojnie i w ogóle. Powinnam się uczyć mapy, ale tam ... dziś stwierdziłam, że poodpoczywam od całej nauki. Czekają mnie całe 3 tygodnie nauki, więc ta jedna niedziela niech będzie inna. Miałam wczoraj pomysł na notkę (oczywiście o 23), ale nie chciało mi się jej nigdzie pisać iiii pomysł uciekł. Postaram sobie go przypomnieć, ale może być ciężko.

Moje ideały i inspiracje. Myślę, że każdy w życiu ma jakieś ideały - takie, którymi się kieruje i w ogóle ceni itd itp. Oczywiście, że ja też takie posiadam. Tylko odbieram to troszkę inaczej. Najpierw chcę te osoby poznać, tak żeby np. wiedzieć kiedy mogę podejść i nie zostanę zabita z powodu złego dnia. Do czego zmierzam, a do tego iż zazwyczaj szło mi to bardzo łatwo. No, szło. Teraz nie potrafię w ogóle ogarnąć co się dzieje. Czuję się jakbym miała styczność z osobą, która ma jakieś dwa przeciwstawne wcielenia. Rzecz jasna, w większości przypadków trafiam na tą gorszą stronę. Chociaż pewnie to moja psychika i stosunek do ów osoby. Zawsze jakoś do tej jednostki miałam złe nastawienie, dopiero od niedawna jakoś tak się przestawiłam. Chociaż z tego co pamiętam dzień po zmianie mojego podejścia znowu było to samo co wcześniej. Także znając siebie powinnam dawno spasować i olać całą sytuację, ale jakoś tak nie umiem. Lubię zagadki, chociaż wolę jak idzie mi dużo łatwiej. Wolę już konkretnie rozmawiać niż podchodzić z dystansem i zastanawiać się o co w tym momencie zostanę zjechana. W tym przypadku na szczęście mam czas (na milion kłótni ;>), ale szczerze wolałabym go zamienić na coś innego. 

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wszystko na raz = nic

Oh już po próbnej ustnej. Jest dobrze, jest 90% ... Tak szczerze to do teraz nie wiem o czym mówiłam. Czuję się jakbym była w innym świecie w momencie tej maturki. Chociaż dobrym wyjściem to nie jest. Szkoła się kończy. Wszystko się kończy, a ja czuję się co raz bardziej bezsilna. No niestety, ja nic na to nie poradzę. 

Ostatnio robię wszystko na raz. Dosłownie wszystko. Tu matma, tu jakieś coś z foto, tu kończę projekt. Jeszcze nigdy nie miałam takiego nieogaru jak mam teraz. Najgorsze jest to, że wszystkiego na raz się nie da zrobić. Zazwyczaj wychodzi z tego jedno wielkie nic. Serio za niecały miesiąc matura? Ja tego nie czuję. Chciałabym mieć takie lajtowe dni jak to miałam pod koniec 2 klasy. To było coś. Chociaż teraz jest lepiej (no może po za tym nieogarnięciem). Dziś rano leżąc sobie w łóżeczku tak sobie myślałam jak w okresie tego jednego roku mogło wszystko się tak zmienić. Oczywiście na plus. Może to sen? A jeżeli to nie sen. To mój podstępny charakterze ... muszę cię pochwalić ... zdziałałeś naprawdę COŚ. Dziękuję. Haha, jak to dziwnie brzmi. Ale to mój blog i mogę pisać co tylko chcę!!! 

poniedziałek, 31 marca 2014

Fotografia

Pora napisać o mojej najukochańszej pasji. FOTOGRAFIA. No. Także lubię robić zdjęcia. Od tego może zacznijmy. Bywałam na wielu spotkaniach czy tam warsztatach fotograficznych, na których sławni fotograficy mówili, ze zaczęli robić zdjęcia od dziecka. No i choć ja nie jestem sławna, to u mnie początek wyglądał dokładnie tak samo. W wieku 7 lat dostałam pierwszy aparat. Biały, zwykły i supermarketowy, ale uwielbiałam go. Oczywiście nikt mi nie powiedział jak powstają zdjęcia, no i przy parunastu naświetlonych klatkach otworzyłam klapkę i prześwietliłam połowę filmu. Ups :) No, ale dziecko jest ciekawe więc wtedy dowiedziałam się, że zdjęcia powstają na kliszy - tak bardzo magicznie.





Oto parę moich pierwszych zdjęć, możecie podziwiać. Wybrałam te, na których widać te prześwietlenia. Tak, jestem bardzo zdolna, nawet najprostszą rzecz potrafię zepsuć. Oczywiście, że ten aparat miałam nawet długo, ale w sumie naświetliłam może 3 filmy. Nie mam pojęcia gdzie jest reszta zdjęć, może po prostu były tak bardzo złe, że nawet rodzice ich nie zatrzymali? No nie ważne. Kolejny aparat dostałam w wieku 10 lat. Cyfrówka... No, no ta technologia. Ogólnie to tamtym aparatem mało zdjęć robiłam. Jak teraz tak na niego patrzę i widzę f/6,3 to się tak zastanawiam jak to w ogóle działało, no ale wiadomo jedna z pierwszych cyfrówek. 
Kolejnym moim fotograficznym etapem była następna kompaktowa cyfrówka. Do dziś żałuję, że ją kupiłam. Wiem, że to był mój własny wybór i moje urodzinowe pieniądze. A tata mówił, że drogo. Szkoda, że nie posłuchałam. Zrobiłam tym aparatem dosyć dużo zdjęć i żadne nie było dobre, nawet w najmniejszym stopniu. Czasem pożyczałam aparat taty, o wiele lepszy! Nim zrobiłam już parę lepszych zdjęć, nawet dostałam za nie pochwały na digarcie. Jak na 13-14 letnie dziecko to bardzo dobrze. 
Swoją pierwszą lustrzankę dostałam pod koniec drugiej gimnazjum. Wtedy głównie robiłam zdjęcia na meczach hokeja, więc wykorzystywałam obiektyw tele. Do tego jakieś widoczki i tak naprawdę zero świadomego fotografowania. Dopiero w liceum zaczęłam jakoś pracować nad moim stylem. Kupiłam lepszą lustrzankę, potem obiektywy no i próbuję swoich sił. Przyznam, że jednak wolę fotografię analogową, aaale no cyfrowa jest szybsza. Tylko nie przynosi tyle satysfakcji... 

W podsumowaniu mogę podziękować rodzicom, że dali mi szansę i doprowadzili do tego, że tak pokochałam fotografię :) Bez nich to pewnie bym sobie siedziała w hokejowej klasie w innym liceum i całe życie potoczyłoby się inaczej.

niedziela, 30 marca 2014

ja + css

Tak sobie myślę, że w ogóle to powinnam napisać tutaj po co tego bloga założyłam. Jaka jest jego idea i tym podobne szczegóły. No więc idei to chyba nie ma... Spójrzmy prawdzie w oczy - piszę tu od rzeczy i nic ze sobą się nie łączy. But who cares? Po prostu lubię tak czasem napisać to co siedzi mi w głowie. Oczywiście ujmując to w wielkiej metaforze, co czyni te notki jeszcze bardziej bez sensu. Nie robię tego pod publikę, a dla siebie. Oczywiście, że lubię jak ktoś to czyta, ale no jak nie będę mieć czytelników to świat się nie skończy...

Założyłam też tego bloga by poćwiczyć swoje umiejętności HTML i CSS. Hahahah, może to wyda się śmieszne, ale gdy napiszę jakąś część kodu i to zacznie działać to tak się cieszę! Powiedzmy takie linki - po zaznaczeniu są niebieskie. Nie zrobiłam tego w kreatorze a w edytorze CSS. Jasne, że jest to trudniejsze, ale przynosi więcej przyjemności. Kiedyś będę jak Piotrek i zamiast siedzieć przy szczegółach 2h to od zera zrobię stronkę w te 2h :>

***

Jutro tylko jedna godzina w szkole! Super i nie super. Hmmm, myślę czy w ogóle jest sens iść. Chwila- oczywiście, że jest sens iść! Sens zawsze będzie, tylko możliwości z czasem się skończą. Cóż... jak ja to wytrzymam to nie wiem. Tak jakoś dziwnie będzie. Szczególnie te dwa miesiące w UK. Tyyyyle kilometrów... Ale w sumie jak przeżyję tę próbę, to przeżyję wszystko.

sobota, 29 marca 2014

Czas i metefora

Jest sobota, więc pora napisać! Oczywiście, że od rana powinnam się uczyć matmy, a dopiero wróciłam do domu. Bywa i tak. Tak bardzo mi się nie chce uczyć, że nawet wolę na pełnym spontanie napisać tutaj. Także przynajmniej na kolejne 20 min (myślę, że tyle zajmie mi ta notka) odciągnę się od tej maturalnej rzeczywistości.

Myślałam, że jak sobie założę nowego bloga, to będę mogła pisać tu naprawdę bezpośrednio. Jednak ciężko mi to robić. Mam już dwie notki w wersjach roboczych i nie wstawiłam ich tylko ze względu na to, że za dużo rzeczy jest powiedzianych wprost. Oczywiście, że to tylko mi się wydaje - mało osób zna jakieś konkretne szczegóły, które mogłyby przyczynić się do tego, że będą wiedzieli o czym piszę. Przez cztery lata jednak pisałam największymi metaforami i nie umiem po prostu kliknąć opublikuj. Może powoli się przestawię, a może nie...

Przechodząc jednak do tematu, to powiem szczerze: jeszcze nigdy czas nie leciał tak szybko, jak robi to teraz. To jest straszne! Ciągle słyszę ile to dni zostało jeszcze do końca szkoły, każda normalna osoba powinna się cieszyć. Tylko, że ja nie jestem normalna. Wszystko co pozytywne wiąże się ze szkołą... Okej, gdy mam wolne to przynajmniej zaczynam jakieś fotograficzne projekty, ale w szkole się uczę jak je zrobić. Każda rzecz się równoważy i każda rzecz sprawia, że chcę wykorzystać te dni na maxa. Jasne, że przez to perspektywa zakończenia staje się jeszcze gorsza, ale co mam innego zrobić? Nic nie zrobię, czasu nie powstrzymam, siedzieć w kącie też nie zamierzam. 
Chociaż znam rozwiązanie ... matma. Pora zacząć robić zadania, a potem zastanowić się nad prezentacją na ustną z polskiego. Także zostawiam Was z tą dziwną niedokończoną notką, a ja zabieram się na kolejny zestaw maturalny. 

wtorek, 25 marca 2014

Znajomości, wpływy, sława ... ale gdzie?

Pora na drugą notkę, na tym pięknym świeżym blogu. Przyznam szczerze, że jest trochę przemyślana i nie będzie ona pisana na całkowitym spontanie. Jej początek owszem ...

Od paru dni czytam sobie różne pierdoły, które przychodzą mi na maila. Horoskopy, przepowiednie i inne dziwne rzeczy. Nigdy tego nie robiłam, ale jakoś tak teraz chciałam się zmotywować czy coś. W każdej tej pierdółce 'magicznej' jest napisane, że poznam nowe znajomości i doprowadzą mnie one do mojej wymarzonej kariery. Chwila, chwila ... Prawie codziennie kogoś poznaje, ale to ma mnie gdzieś doprowadzić? No tak zaowocuje to mówieniem sobie cześć. Jeżeli się nie rozwinie tej znajomości to jest ona potrzebna tak jak lajki na facebook'u. Do czego zmierzam. Tum turu tum: komunikacja międzyludzka. 

Przyznam szczerze, że nie lubię pisać. Wolałabym to nagrywać, ale nie mam jakiegoś takiego medialnego czegoś by zwróciło uwagę. Z reguły to wolę rozmawiać z ludźmi 'face to face' niż pisać. Weźmy np. taki stresik przy pisaniu. Poznajesz nową osobę, dodajesz na fejsie - wow, fanfary, fajerwerki. Przychodzi jednak taki moment, że chcesz napisać. No to dla przykładu taka ja - zaczynam pisać, sprawdzam wszystkie przecinki, polskie znaki, poprawność gramatyczną i inne magiczne rzeczy. Kiedy w końcu to napiszę, to tak trzymam palec nad enterem i trzymam, w międzyczasie rozmyślam czy jest sens to wysłać. Potem szybka decyzja ENTER i poszło! Najgorszą rzeczą po wysłaniu jest czekanie na jakąś reakcję osoby po drugiej stronie. Na ekranie swojego telefonu czy tam komputera widzę - wiadomość została odczytana. Znów stres, znów czytam to jeszcze raz, szukam błędów. Czekam na jakąś reakcję. (Tutaj można dodać algorytm matematyczny) 
(więc strzałeczka numer jeden) Nie odpisał. I tu się zaczyna... Po co to zrobiłaś, dziewczyno nigdy więcej. Nie powinnaś mieć Internetu, co ty wyprawiasz?! - w skrócie, kłótnia z własnymi myślami.
(strzałeczka nr dwa) Widać kropeczki znaczące, że odpisuje. Kolejny raz sprawdzam czy dobrze napisałam pierwszą wiadomość. Pojawia się odpowiedź i znów wszystko od początku. 
Następną sprawą może być właśnie ta poprawność w każdym względzie. Do takich osób nigdy nie wysłałam 'xd' (teraz polecam sprawdzić rozmowy ze mną i się okażę czy jak pisałam do was miałam stresa) sama uważam to za dziwne, ale znajomych tym męczę. Ktoś mi kiedyś powiedział, że w całej historii rozmów użyłam tego milion razy? Heh :) To nie jest tak do końca z tym stresem, po prostu czasem chcę dobrze wypaść, a trudno to zrobić pisząc po każdym zdaniu 'xd'. 

Wracając do tematu, wolę rozmowę na żywo - lub przez telefon - bo nawet jeśli jest stres, to się mówi: nie zrobisz tego teraz, nie zrobisz tego nigdy. A napisać można zawsze, nawet o 2 w nocy gdy ma się zły sen. Przy pisaniu nie widać też emocji, które dla mnie są bardzo ważne. Co z tego że ktoś mi wyśle ':)' przecież nie trzeba się uśmiechać do monitora. Ja tak robię, ale może ta druga osoba mnie nie lubi i tylko udaje wysyłając uśmieszki? No przede wszystkim za to kocham rozmowę na żywo: UŚMIECH! Dlatego uśmiechajcie się jak ze mną rozmawiacie, bo inaczej mi smutno i myślę, że coś jest z wami nie tak. Potem chodzę taka nieogarnięta i myślę jak pomóc.

Podsumowując to długie coś (nie wiedziałam, że aż tak się to rozwinie!) mogę powiedzieć, że jednak czasy bez facebook'a i telefonu były lepsze. Teraz ciężko jest zdobyć taką prawdziwą znajomość, a szczególnie jak widzisz, że ma +1000 znajomych.

poniedziałek, 24 marca 2014

nieistniejące metro

Nowy blog? Nowe wyzwanie. O tak.
Nie chcę wracać do starego, ponieważ zbyt długo mnie tam nie było. Pojutrze mam urodziny, więc pora zacząć od nowa. Już na pewno nie będzie tak kolorowo. Ten cały design choć fajny to zajmuje dużo czasu, a tak naprawdę nie o to chodzi w blogowaniu.

Przechodząc do moich dzisiejszych rozmyślań to ... miałam straszny sen. Jeszcze nigdy nie miałam takiego snu. Obudziłam się z płaczem i cała się trzęsąc. Oczywiście rozglądałam się po pokoju o co chodzi i co właśnie miało miejsce. Sen należał do tych bardzo realistycznych, mój mózg dopracował wszelkie detale ubrań, włosów, oczu - ale mój drogi narządziu odpowiadający za myślenie, w Katowicach nie ma metra :) To jak dla mnie jedyny paradoks tego snu. W sumie nie będę go tu opowiadać, bo kto ma wiedzieć ten wie. Było metro, była uczuciowa strata, był płacz.
Piotrek chyba wie najlepiej, napisałam do niego tylko jak się obudziłam. Dobrze, że nie spał i jakoś mnie uspokoił. Mam nadzieje, że się uśmiechasz czytając to.

A co w szkole? W szkole jak w szkole. Chociaż dziś to mnie chyba nikt nie lubił. No, ale żeby próbować zabić drzwiami? O tym to jeszcze nie słyszałam. Gorące pozdrowienia dla pana S.