piątek, 24 sierpnia 2018

"... w szarym lesie znów gubię się ..."

Doszłam do wniosku, że nie warto podkreślać tylko i wyłącznie złych rzeczy, które zdarzyły się (już można powiedzieć) w przeszłości. To sieje tylko nienawiść, która działa negatywnie nie tylko na mój humor, ale również na zdrowie. Tyle razy podkreślałam, że żałuję tych 5 lat... ale trzeba spojrzeć od innej strony. Bo to nie jest tak, że od początku było źle. Te złe aspekty zaczęłam zauważać dopiero pod koniec, więc dlaczego mam te wszystkie fajne chwile uważać za stracony czas? Jakby iść takim tokiem myślenia to musiałabym żałować całych 23 lat życia - no bo przecież nic wielkiego nie osiągnęłam. 
Jeszcze niedawno uważałam, że powiedzenie - czas leczy rany - ty tylko pocieszenie i "gówno prawda". No cóż, czas leczy rany :) tylko nie ma co liczyć, że po miesiącu już będzie wspaniale. Głębsze rany goją się dłużej. 
W tym moim nudnym wywodzie dążę do tego, że nie można żałować tego co w życiu się dzieje. Nie ma sytuacji idealnych. Być może moje obecne niebo też się skończy. No i wtedy oprócz cennego czasu, żałowałabym wszystkich przejechanych kilometrów i spalonych litrów paliwa. Wszystko nas kreuje i uczy. Dzięki tej pięcioletniej przeszłości nauczyłam się pewnych rzeczy, poznałam siebie. To samo teraz, może i to tylko 7 miesięcy na razie - ale widzę po sobie, że coś się zmieniło. Siła woli jakaś taka wyższa, no i przede wszystkim mam już jakiś życiowy cel. Może nie do końca jest on związany z tymi 7 miesiącami, ale coś mnie ukierunkowało - może to sprawa tego wyrwania się od uzależnienia od innej osoby, w końcu 5 lat wpoiło jakiś schemat. W sumie brzmi to logicznie taka trochę teza "nowa ja" :D 

Może zostanę optymistką? Od liceum z pesymistki przeszłam na realistkę, czyżby już powoli czas na kolejną zmianę? Jadąc ostatnio samochodem (okazało się, że to był dzień optymisty) usłyszałam w radiu, że takie podejście wiele ułatwia. Hmmm, no i można powiedzieć, że w tamtym dniu temu zaufałam, bo mimo iż byłam cała obolała po siłowni stwierdziłam, że to będzie dobry dzień. No i rzeczywiście taki był. Endorfiny potreningowe pewnie też swoje zrobiły :) 

poniedziałek, 21 maja 2018

Ikar

Każdy z nas zna to uczucie kiedy ze szczęścia wzbijamy się do góry... coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że upajamy się a wręcz ćpamy rozrzedzone powietrze... dodatkowo z każdym kolejnym metrem brak nam tchu, więc najmniejszy oddech jest najcenniejszą rzeczą. Nie potrzeba nic innego, przez to szczęście udaje się dosłownie wszystko... jesteśmy królami świata. Ale wystarczy jeden moment, jeden ruch skrzydeł za dużo. Nasze płaty nośne spotykają się z promieniami słonecznymi, żar przepala pióro po piórze... a my spadamy niczym Ikar. Grawitacja nie ma dla nikogo litości, po spotkaniu z ziemią rozpadamy się na malutkie części... i to tylko od nas zależy jak szybko i czy w ogóle się pozbieramy. 



... cdn


poniedziałek, 5 marca 2018

Czy to ty iskierko?

Jeśli ognisko wygaśnie, to bardzo ciężko z powrotem je wzniecić. A już na pewno nie da się tego zrobić jeśli aura wokoło nie sprzyja. Pomógłby może ten piorun, ale w tej sytuacji nie ma to najmniejszego sensu. Trzeba się pogodzić ze zmianą, jeśli bym tylko coś pogorszyła na pewno już bym sobie nie wybaczyła. Dlatego postanowiłam żyć dalej. Nie było to łatwe, ale coś pewnego dnia się zmieniło. Wstałam i pomyślałam, ale kurde jest dobrze... jak mogłam żyć wiecznie stresując się i przejmując... i w końcu jak wspaniale jest wstawać nie myśląc jak ten cały pierdolnik naprawić. Puzzle od początku nie pasowały do siebie, a ja na siłę je układałam. Było chwile dobrze, są wspomnienia i to wystarczy. Koniec tego etapu! Blog przy tym traci trochę sens, ale who cares... Jeśli serwery wytrzymały te 5 lat wahań moich humorów, to wytrzymają coś zupełnie nowego. W sumie trochę to ekscytujące, dawno nie czułam takiej motywacji.


Hello new world!

czwartek, 8 lutego 2018

ohnetietel

No tak. Minął już ponad miesiąc od tego jak postanowiłam, że koniec mojej przygody życia. Nadal staram się tego trzymać, ale nie zawsze wychodzi. Czasem chciałabym poczuć jeszcze tą radość, ale nie da się... nie wiem jak mam to opisać, znowu poczułam jakąś blokadę i nie widzę tych dobrych spraw, a tylko same złe. Nawet jeżeli np. przed spotkaniem nastawię się mega pozytywnie i cieszę się na samą myśl, to zawsze jest coś nie tak. Los sprowadza mnie na sam dół. Sytuacja z dziś: miałam naprawdę świetny humor, wspominałam sobie jak to było 4 lata temu... jak bardzo wszystko pchało mnie w jednym kierunku. Te wszystkie koincydencje. To nie były przypadki, naprawdę czułam się cholernie zajebiście i może byłam inna, ale każdy dzień przyprawiał mnie o pełną euforię. No i teraz jest zupełnie na odwrót. Czym więcej staram się żeby było dobrze, to jest gorzej. Miesiąc wytrzymałam bez łez, no i to by było na tyle. Chciałam zakończenie z przytupem, ale kiedy powoli nadchodzi - to czuję, że stracę wszystko. Mój sens istnienia, to tak jakby ktoś odebrał wam część mózgu, serduszka czegokolwiek ważnego. Jak mam zacząć budzić się z inną myślą, zasypiać i egzystować w ciągu dnia. Pewnie po jakimś czasie przejdzie, ale to naprawdę będzie bolesny czas. Jeśli kiedykolwiek ktoś wymyśli podróże w czasie, to nawet jeżeli miałabym pracować po 20h dziennie zarobię na to. Chociaż pewnie byłoby miło zmienić na coś pozytywnego, to chyba lepiej wymazać całkowicie te 5 lat. Nie doprowadzić do eskalacji. Taki mam plan.

Przepraszam, nie będzie tu w najbliższych miesiącach nic pozytywnego. Podziwiam moją psychikę, że nie doprowadziła jeszcze do stuprocentowej depresji. Podziwiam, że zawsze znajdzie gdzieś tę nadzieję i wiarę, że jeśli w jakiś sposób to przeznaczenie to chociażby za 10 lat się wypełni. A obecny okres to tylko nauczenie pokory i wiary w słuszność losu.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017

Trzeba podsumować ten rok. Oczywiście nie był on najlepszy, patrząc na moje 22 lata życia można powiedzieć, że był zdecydowanie najgorszy. Jednak nie można czegoś ocenić za 100% czarne lub białe. Z tym moim "najgorszym" rokiem było podobnie. Mimo wielu chwil słabości były też te fajne. Na pewno początek nie był taki zły wtedy jeszcze na mojej buźce królował uśmiech i doceniałam każde dobro, które mnie spotkało. Chyba za bardzo się w tym dobru zatraciłam, albo chciałam go jeszcze więcej. Coś się po prostu popsuło, może na moje życzenie... nie mam pojęcia. Ja stałam się cieniem samej siebie, nawet specjalnie nie zabiegałam o to żeby ktoś mnie dostrzegł. Celem była moja strefa komfortu czyli dom, to co działo się po za nim przestawało mieć znaczenie. Wszelkie kontakty międzyludzkie zaczęły mnie wkurzać, a z drugiej strony moja świadomość przez tą negatywną energię krzyczała wręcz o pomoc. Bardzo chciałam by mnie ktoś wysłuchał, ale osoba, której próbowałam to powiedzieć, nie traktowała tego poważnie. Wręcz nabijał się, po co mi to wszystko. Sama chciałabym wiedzieć po co. W jakimś sensie jestem silna, ale po tylu rozczarowaniach ta siła gdzieś prysnęła. Jeśli najbliższa osoba ignoruje cię, to tracisz wiarę w to, że wyleczysz się ze swoich problemów, że będziesz w stanie komuś zaufać. No i pod koniec tego roku zobaczyłam, że jest tak z prawie wszystkim. Jeśli ja nie wykażę inicjatywy, to po prostu jest tak jakbym po prostu nie istniała. No i tak to właśnie wyglądało pod koniec roku i to najbardziej dało mi w kość.
Nie umiem dosyć klarownie tego opisać... ale wczoraj stojąc i czekając na fajerwerki postanowiłam, że nigdy więcej... że skoro zaczyna się nowy rok nie doprowadzę do tego, żeby trwał w samym smutku. I co najważniejsze: nie dać się już więcej manipulować, bo chociaż robiłam wszystko prosto z serduszka, w większości nie było to docenione.

Żegnaj przeszłości. Żegnaj 2017.