Trzeba podsumować ten rok. Oczywiście nie był on najlepszy, patrząc na moje 22 lata życia można powiedzieć, że był zdecydowanie najgorszy. Jednak nie można czegoś ocenić za 100% czarne lub białe. Z tym moim "najgorszym" rokiem było podobnie. Mimo wielu chwil słabości były też te fajne. Na pewno początek nie był taki zły wtedy jeszcze na mojej buźce królował uśmiech i doceniałam każde dobro, które mnie spotkało. Chyba za bardzo się w tym dobru zatraciłam, albo chciałam go jeszcze więcej. Coś się po prostu popsuło, może na moje życzenie... nie mam pojęcia. Ja stałam się cieniem samej siebie, nawet specjalnie nie zabiegałam o to żeby ktoś mnie dostrzegł. Celem była moja strefa komfortu czyli dom, to co działo się po za nim przestawało mieć znaczenie. Wszelkie kontakty międzyludzkie zaczęły mnie wkurzać, a z drugiej strony moja świadomość przez tą negatywną energię krzyczała wręcz o pomoc. Bardzo chciałam by mnie ktoś wysłuchał, ale osoba, której próbowałam to powiedzieć, nie traktowała tego poważnie. Wręcz nabijał się, po co mi to wszystko. Sama chciałabym wiedzieć po co. W jakimś sensie jestem silna, ale po tylu rozczarowaniach ta siła gdzieś prysnęła. Jeśli najbliższa osoba ignoruje cię, to tracisz wiarę w to, że wyleczysz się ze swoich problemów, że będziesz w stanie komuś zaufać. No i pod koniec tego roku zobaczyłam, że jest tak z prawie wszystkim. Jeśli ja nie wykażę inicjatywy, to po prostu jest tak jakbym po prostu nie istniała. No i tak to właśnie wyglądało pod koniec roku i to najbardziej dało mi w kość.
Nie umiem dosyć klarownie tego opisać... ale wczoraj stojąc i czekając na fajerwerki postanowiłam, że nigdy więcej... że skoro zaczyna się nowy rok nie doprowadzę do tego, żeby trwał w samym smutku. I co najważniejsze: nie dać się już więcej manipulować, bo chociaż robiłam wszystko prosto z serduszka, w większości nie było to docenione.
Żegnaj przeszłości. Żegnaj 2017.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz