Tak od czasu do czasu sobie czytam tego bloga, żeby sobie przypomnieć jakim porąbanym człowiekiem byłam (dobra... jestem nim nadal, ale cicho... ma być odrobinie doroślej). Oprócz kilogramów narzekań i hektolitrów marudzeń, to pisałam dość ciekawie. Może faktycznie wykorzystam to w końcu do czegoś pożytecznego. Tego bloga nikt nie czyta, także piszę to tylko dla swoich nudnych dni. A gdyby te wszystkie metafory przelać na jakiś dramat albo nawet tę farsę, o której pisałam niedawno. Coś ciekawego mogłoby powstać i może bym potrafiła przeżyć w tym większym mieście. Rozważę to. A ten wpis ma być dowodem, że tak postanowiłam.
Co do dnia wczorajszego. No był deszcz, zwłaszcza w tych najważniejszych momentach dnia. Zaskoczył mnie ten gagatek. Przechodząc do clue... nie było tak jak myślałam, chociaż nie było też najgorzej. Oczywiście moja kochana rodzina musiała mi w najgorszych momentach przeszkodzić, ale no trudno. Tak sobie bywa. W przyszłym tygodniu będzie lepiej, no. No po prostu lepiej. Już nic konkretnego nie planuje, bo i tak moje plany zawsze szlag trafi. Takie życie, a ja dzielnie jak ulepszony Ikar sklejam sobie te skrzydełka i walczę z tymi oślepiającymi i gorącymi promieniami słońca. No!
Dobra koniec, bo idzie w stronę bezsensu. Fajnie tu wrócić.
piątek, 31 maja 2019
wtorek, 28 maja 2019
majowe burze, wolę tęczę.
W sumie w farsach wszystko potem wraca do normy, no nie? Chyba u mnie w końcu też wróciło. Przyszła taka burza i potem wróciła tęcza. Co o pogodzie niestety nie mogę powiedzieć, bo moje najbliższe ambitniejsze plany zapowiadają się deszczowe. No, ale w sumie to ma swój urok. Lubię biegać w deszczu. Hmmmm ... W sumie to chciałam tu tylko napisać, że jest okej. Żyję, a tamtego wieczora nie zrobiłam nic głupiego... wręcz przeciwnie! Wszystko pięknie poukładałam.
Do piątku mój blożku! Szykuję coś specjalnego, po moim umówionym deszczowym czwartku.
Do piątku mój blożku! Szykuję coś specjalnego, po moim umówionym deszczowym czwartku.
czwartek, 16 maja 2019
f a r s a
Ale mam bałagan w głowie. Naprawdę taki duży, że nie wiem jak zacząć to co chciałabym tu napisać. Oj, nawet nie wiem, co mam tu napisać. Czasem czuje się takim wojownikiem o lepsze jutro, tylko że ten wojownik ma w sobie coś z Syzyfa. Czemu zawsze wybieram sytuacje oraz historie, w których nie ma tego lepszego jutra? Albo jest ono tylko mirażem, pewną maską, którą nakładam by się odciąć od pewnych spraw. W sumie ta maska, może być takim gadżetem, który zawęża mi pole widzenia. Widzę tylko, to co jest przede mną, a to co jest dookoła... widzę tylko czasami. Moje niby silne ja daje się urabiać i zawsze zaakceptuje te usprawiedliwienia. Skąd to już znam, co?
Kiedy takie chwile nadchodzą, w których widzę ten szeroki kąt, staram się go sama na siłę zawęzić. W sensie tłumaczę sobie, że to nie jest istotne i przypominam sobie jakieś fajne chwile, które tak jakby przeczą temu co jest dookoła. Teraz wspominam sprawy sprzed dwóch tygodni, powroty bez butów i totalne skupienie na tej zieleni w oczach. I fajnie jest. Nie dość, że daję się oszukiwać, to jeszcze sama siebie oszukuję. Materiał na kurna farsę. Może napiszę i chociaż będę sławna.
A teraz jest mi zimno, jestem głodna a przede mną impreza. Jak wypiję to włączy mi się tryb smsowy albo gorzej telefoniczny. Pokłócę się o nic, a rano będę się pewnie tu wypłakiwać po co to zrobiłam. No kurde farsa, moje życie to zajebista farsa.
Dobra koniec tego bezsensu.
Kiedy takie chwile nadchodzą, w których widzę ten szeroki kąt, staram się go sama na siłę zawęzić. W sensie tłumaczę sobie, że to nie jest istotne i przypominam sobie jakieś fajne chwile, które tak jakby przeczą temu co jest dookoła. Teraz wspominam sprawy sprzed dwóch tygodni, powroty bez butów i totalne skupienie na tej zieleni w oczach. I fajnie jest. Nie dość, że daję się oszukiwać, to jeszcze sama siebie oszukuję. Materiał na kurna farsę. Może napiszę i chociaż będę sławna.
A teraz jest mi zimno, jestem głodna a przede mną impreza. Jak wypiję to włączy mi się tryb smsowy albo gorzej telefoniczny. Pokłócę się o nic, a rano będę się pewnie tu wypłakiwać po co to zrobiłam. No kurde farsa, moje życie to zajebista farsa.
Dobra koniec tego bezsensu.
czwartek, 9 maja 2019
Dobro, którego brakuje
Dawno mnie nie było i coś czuje, że to już będzie normą na tym blogu. Powoli umiera, tak samo jak umiera we mnie ta część, która potrafiła po swojemu obserwować świat. Do napisania tej notki zainspirował mnie blog pewnej osoby z mojej pracy. Osoby, o której słyszałam różne rzeczy, lepsze i gorsze. Nawet trochę uwierzyłam w te gorsze a lepszych nie miałam szybko okazji poszukać. Chyba nawet się nie starałam, bo w ciągu dnia nie było czasu na myślenie o osobach, z którymi nie mam na codzień do czynienia. Nie wiem jak ten wywód zacząć, odzwyczaiłam się. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z tą osobą (nastawiona negatywnie, bo przecież opinia innych najważniejsza, no jasne...) zobaczyłam w oczach po prostu dobro. Zazwyczaj przyciągam do siebie osoby, które nie mają czystych zamiarów, a nawet jeśli mają, to po jakimś czasie i tak coś wychodzi... Coś co mnie zszokuje i da dużo do myślenia. Sama nie jestem święta i nie wiem czy mam tyle siły w sobie, żeby mieć takie dobro w spojrzeniu. Dobro, miły głos i cholerne pozytywne podejście do życia. I na zewnątrz widzę taką właśnie osobę i dzięki temu, że w pewnym momencie postanowiłam odrzucić te złe opinie, to mogę uznać naszą współpracę za najlepszą jaką w życiu miałam. Aczkolwiek każdy w życiu ma jakieś problemy, nawet te najlepsze osoby. No i właśnie widzę odzwierciedlenie tych problemów na blogu tej osoby. Dosłownie się rozpłakałam, a jestem dopiero na drugiej stronie... W sumie niektóre tematyki zbiegły się w czasie, z tymi które ja przeżywałam ostatnio. Może dlatego mnie tak za serce to chwyciło, nie wiem. W każdym razie odkryłam na wspomnianym blogu oddawanie cierpienia, szczęścia, ogólnie emocji za pomocą sztuki. Tak jak ja kiedyś to robiłam, ale w moim wydaniu to było nieco dziecinne, bo powiedzmy sobie szczerze... jakie ja miałam problemy podczas istnienia tego bloga? Że nie wyszło mi coś, co i tak było skazane na przegraną? Że zawiódł mnie ten materialny świat? Nosz kurna... to nie są problemy. Może właśnie dlatego przestałam tu pisać, stwierdziłam że to wszystko co przeżywam nie jest wcale na tyle ciężkie. Ja sobie mogę płakać ilekroć zawiodę się na pewnej osobie, mogę żałować wszystkich kroków, które podejmuję... ale to nie jest głęboki problem, to nie jest utrudnienie w egzystencji. No jasne popłaczę sobie, ale jutro już będzie okej... znowu dam się omamić tym blaskiem i szansą życia, które tak naprawdę do mnie nie pasuje. A wtedy kiedy moje huśtawki nastrojowe trwają w najlepsze, to ludzie stykają się z naprawdę poważnymi problemami.
Wprowadzam tu duży chaos, wiem. Tu o blogu, tu o problemach. Nawet nie wiem jaki jest clue tego wywodu. Zaraz się okaże, że po prostu znów narzekam. Kończąc temat tej inspirującej w stronę sztuki osoby, chciałam powiedzieć, że we mnie też coś takiego jest. Z tym, że jak wspominałam nie jestem dobrą osobą i swoją sztukę wyrażam zupełnie inaczej. Może zbyt egoistycznie? Po prostu czasem już nie panuję nad tym wszystkim i naprawdę szczerze cieszę się, że poznaję takich znajomych. Bo one właśnie chociaż ten milimetr odwraca mnie w kierunku czegoś lepszego. I może zakończę ten wątek po prostu najlepszymi życiowymi życzeniami dla tej osoby. Żeby współpraca była dobra do końca a znajomość była po prostu dobra :)
No i co? Znowu pomarudziła i zniknie? Otóż mimo, że wokół mam te dziwne osoby, które trochę zaburzają moje dawno przyjęte wartości... to chyba jest dobrze. Racja, czasem się na czymś zawiodę, czasem to ja przesadzę. Ale te niektóre momenty bardzo motywują mnie do egzystencji. Czasem mam wrażenie, że coś pcha mnie w jakimś konkretnym kierunku i szepcze, że jest dobrze. Tylko czy to ta moja dziwna zawziętość, czy może rzeczywiście jakaś zmutowana pochodna przeznaczenia. Pewnie tego się nigdy nie dowiem, może jak umrę to dostanę taki epilog w kinie dla umarłych. Kurde, fajna opcja co? Takie kino, w którym po śmierci pokazują twoje najważniejsze momenty w życiu. Tylko tak obiektywnie, a nie z twojej znanej już perspektywy... taki neutralny film, w którym zagra się Oscarową rolę. Szczególnie w scenach, gdzie totalnie psuje się swoje życie. No dobra, Oscar za idealne podążanie ścieżką cudowności też może być. Ja dostanę Oscara za scenę złamania palca, mówię wam. Taki Oscar głupoty już na mnie na wstępie czeka.
No dobra robię wyzwanie, będę tu pisać częściej. Oscarowe metafory mnie przekonały. Coś tam w mózgu jeszcze zostało. Ale zastrzegam sobie prawo do kolejnej śmierci klinicznej bloga. No, cóż poradzić, taka już wada jego serca. :D
Wprowadzam tu duży chaos, wiem. Tu o blogu, tu o problemach. Nawet nie wiem jaki jest clue tego wywodu. Zaraz się okaże, że po prostu znów narzekam. Kończąc temat tej inspirującej w stronę sztuki osoby, chciałam powiedzieć, że we mnie też coś takiego jest. Z tym, że jak wspominałam nie jestem dobrą osobą i swoją sztukę wyrażam zupełnie inaczej. Może zbyt egoistycznie? Po prostu czasem już nie panuję nad tym wszystkim i naprawdę szczerze cieszę się, że poznaję takich znajomych. Bo one właśnie chociaż ten milimetr odwraca mnie w kierunku czegoś lepszego. I może zakończę ten wątek po prostu najlepszymi życiowymi życzeniami dla tej osoby. Żeby współpraca była dobra do końca a znajomość była po prostu dobra :)
No i co? Znowu pomarudziła i zniknie? Otóż mimo, że wokół mam te dziwne osoby, które trochę zaburzają moje dawno przyjęte wartości... to chyba jest dobrze. Racja, czasem się na czymś zawiodę, czasem to ja przesadzę. Ale te niektóre momenty bardzo motywują mnie do egzystencji. Czasem mam wrażenie, że coś pcha mnie w jakimś konkretnym kierunku i szepcze, że jest dobrze. Tylko czy to ta moja dziwna zawziętość, czy może rzeczywiście jakaś zmutowana pochodna przeznaczenia. Pewnie tego się nigdy nie dowiem, może jak umrę to dostanę taki epilog w kinie dla umarłych. Kurde, fajna opcja co? Takie kino, w którym po śmierci pokazują twoje najważniejsze momenty w życiu. Tylko tak obiektywnie, a nie z twojej znanej już perspektywy... taki neutralny film, w którym zagra się Oscarową rolę. Szczególnie w scenach, gdzie totalnie psuje się swoje życie. No dobra, Oscar za idealne podążanie ścieżką cudowności też może być. Ja dostanę Oscara za scenę złamania palca, mówię wam. Taki Oscar głupoty już na mnie na wstępie czeka.
No dobra robię wyzwanie, będę tu pisać częściej. Oscarowe metafory mnie przekonały. Coś tam w mózgu jeszcze zostało. Ale zastrzegam sobie prawo do kolejnej śmierci klinicznej bloga. No, cóż poradzić, taka już wada jego serca. :D
piątek, 24 sierpnia 2018
"... w szarym lesie znów gubię się ..."
Doszłam do wniosku, że nie warto podkreślać tylko i wyłącznie złych rzeczy, które zdarzyły się (już można powiedzieć) w przeszłości. To sieje tylko nienawiść, która działa negatywnie nie tylko na mój humor, ale również na zdrowie. Tyle razy podkreślałam, że żałuję tych 5 lat... ale trzeba spojrzeć od innej strony. Bo to nie jest tak, że od początku było źle. Te złe aspekty zaczęłam zauważać dopiero pod koniec, więc dlaczego mam te wszystkie fajne chwile uważać za stracony czas? Jakby iść takim tokiem myślenia to musiałabym żałować całych 23 lat życia - no bo przecież nic wielkiego nie osiągnęłam.
Jeszcze niedawno uważałam, że powiedzenie - czas leczy rany - ty tylko pocieszenie i "gówno prawda". No cóż, czas leczy rany :) tylko nie ma co liczyć, że po miesiącu już będzie wspaniale. Głębsze rany goją się dłużej.
W tym moim nudnym wywodzie dążę do tego, że nie można żałować tego co w życiu się dzieje. Nie ma sytuacji idealnych. Być może moje obecne niebo też się skończy. No i wtedy oprócz cennego czasu, żałowałabym wszystkich przejechanych kilometrów i spalonych litrów paliwa. Wszystko nas kreuje i uczy. Dzięki tej pięcioletniej przeszłości nauczyłam się pewnych rzeczy, poznałam siebie. To samo teraz, może i to tylko 7 miesięcy na razie - ale widzę po sobie, że coś się zmieniło. Siła woli jakaś taka wyższa, no i przede wszystkim mam już jakiś życiowy cel. Może nie do końca jest on związany z tymi 7 miesiącami, ale coś mnie ukierunkowało - może to sprawa tego wyrwania się od uzależnienia od innej osoby, w końcu 5 lat wpoiło jakiś schemat. W sumie brzmi to logicznie taka trochę teza "nowa ja" :D
Może zostanę optymistką? Od liceum z pesymistki przeszłam na realistkę, czyżby już powoli czas na kolejną zmianę? Jadąc ostatnio samochodem (okazało się, że to był dzień optymisty) usłyszałam w radiu, że takie podejście wiele ułatwia. Hmmm, no i można powiedzieć, że w tamtym dniu temu zaufałam, bo mimo iż byłam cała obolała po siłowni stwierdziłam, że to będzie dobry dzień. No i rzeczywiście taki był. Endorfiny potreningowe pewnie też swoje zrobiły :)
poniedziałek, 21 maja 2018
Ikar
Każdy z nas zna to uczucie kiedy ze szczęścia wzbijamy się do góry... coraz wyżej i wyżej, tak wysoko, że upajamy się a wręcz ćpamy rozrzedzone powietrze... dodatkowo z każdym kolejnym metrem brak nam tchu, więc najmniejszy oddech jest najcenniejszą rzeczą. Nie potrzeba nic innego, przez to szczęście udaje się dosłownie wszystko... jesteśmy królami świata. Ale wystarczy jeden moment, jeden ruch skrzydeł za dużo. Nasze płaty nośne spotykają się z promieniami słonecznymi, żar przepala pióro po piórze... a my spadamy niczym Ikar. Grawitacja nie ma dla nikogo litości, po spotkaniu z ziemią rozpadamy się na malutkie części... i to tylko od nas zależy jak szybko i czy w ogóle się pozbieramy.
... cdn
poniedziałek, 5 marca 2018
Czy to ty iskierko?
Jeśli ognisko wygaśnie, to bardzo ciężko z powrotem je wzniecić. A już na pewno nie da się tego zrobić jeśli aura wokoło nie sprzyja. Pomógłby może ten piorun, ale w tej sytuacji nie ma to najmniejszego sensu. Trzeba się pogodzić ze zmianą, jeśli bym tylko coś pogorszyła na pewno już bym sobie nie wybaczyła. Dlatego postanowiłam żyć dalej. Nie było to łatwe, ale coś pewnego dnia się zmieniło. Wstałam i pomyślałam, ale kurde jest dobrze... jak mogłam żyć wiecznie stresując się i przejmując... i w końcu jak wspaniale jest wstawać nie myśląc jak ten cały pierdolnik naprawić. Puzzle od początku nie pasowały do siebie, a ja na siłę je układałam. Było chwile dobrze, są wspomnienia i to wystarczy. Koniec tego etapu! Blog przy tym traci trochę sens, ale who cares... Jeśli serwery wytrzymały te 5 lat wahań moich humorów, to wytrzymają coś zupełnie nowego. W sumie trochę to ekscytujące, dawno nie czułam takiej motywacji.
Hello new world!
Hello new world!