Dawno mnie nie było i coś czuje, że to już będzie normą na tym blogu. Powoli umiera, tak samo jak umiera we mnie ta część, która potrafiła po swojemu obserwować świat. Do napisania tej notki zainspirował mnie blog pewnej osoby z mojej pracy. Osoby, o której słyszałam różne rzeczy, lepsze i gorsze. Nawet trochę uwierzyłam w te gorsze a lepszych nie miałam szybko okazji poszukać. Chyba nawet się nie starałam, bo w ciągu dnia nie było czasu na myślenie o osobach, z którymi nie mam na codzień do czynienia. Nie wiem jak ten wywód zacząć, odzwyczaiłam się. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z tą osobą (nastawiona negatywnie, bo przecież opinia innych najważniejsza, no jasne...) zobaczyłam w oczach po prostu dobro. Zazwyczaj przyciągam do siebie osoby, które nie mają czystych zamiarów, a nawet jeśli mają, to po jakimś czasie i tak coś wychodzi... Coś co mnie zszokuje i da dużo do myślenia. Sama nie jestem święta i nie wiem czy mam tyle siły w sobie, żeby mieć takie dobro w spojrzeniu. Dobro, miły głos i cholerne pozytywne podejście do życia. I na zewnątrz widzę taką właśnie osobę i dzięki temu, że w pewnym momencie postanowiłam odrzucić te złe opinie, to mogę uznać naszą współpracę za najlepszą jaką w życiu miałam. Aczkolwiek każdy w życiu ma jakieś problemy, nawet te najlepsze osoby. No i właśnie widzę odzwierciedlenie tych problemów na blogu tej osoby. Dosłownie się rozpłakałam, a jestem dopiero na drugiej stronie... W sumie niektóre tematyki zbiegły się w czasie, z tymi które ja przeżywałam ostatnio. Może dlatego mnie tak za serce to chwyciło, nie wiem. W każdym razie odkryłam na wspomnianym blogu oddawanie cierpienia, szczęścia, ogólnie emocji za pomocą sztuki. Tak jak ja kiedyś to robiłam, ale w moim wydaniu to było nieco dziecinne, bo powiedzmy sobie szczerze... jakie ja miałam problemy podczas istnienia tego bloga? Że nie wyszło mi coś, co i tak było skazane na przegraną? Że zawiódł mnie ten materialny świat? Nosz kurna... to nie są problemy. Może właśnie dlatego przestałam tu pisać, stwierdziłam że to wszystko co przeżywam nie jest wcale na tyle ciężkie. Ja sobie mogę płakać ilekroć zawiodę się na pewnej osobie, mogę żałować wszystkich kroków, które podejmuję... ale to nie jest głęboki problem, to nie jest utrudnienie w egzystencji. No jasne popłaczę sobie, ale jutro już będzie okej... znowu dam się omamić tym blaskiem i szansą życia, które tak naprawdę do mnie nie pasuje. A wtedy kiedy moje huśtawki nastrojowe trwają w najlepsze, to ludzie stykają się z naprawdę poważnymi problemami.
Wprowadzam tu duży chaos, wiem. Tu o blogu, tu o problemach. Nawet nie wiem jaki jest clue tego wywodu. Zaraz się okaże, że po prostu znów narzekam. Kończąc temat tej inspirującej w stronę sztuki osoby, chciałam powiedzieć, że we mnie też coś takiego jest. Z tym, że jak wspominałam nie jestem dobrą osobą i swoją sztukę wyrażam zupełnie inaczej. Może zbyt egoistycznie? Po prostu czasem już nie panuję nad tym wszystkim i naprawdę szczerze cieszę się, że poznaję takich znajomych. Bo one właśnie chociaż ten milimetr odwraca mnie w kierunku czegoś lepszego. I może zakończę ten wątek po prostu najlepszymi życiowymi życzeniami dla tej osoby. Żeby współpraca była dobra do końca a znajomość była po prostu dobra :)
No i co? Znowu pomarudziła i zniknie? Otóż mimo, że wokół mam te dziwne osoby, które trochę zaburzają moje dawno przyjęte wartości... to chyba jest dobrze. Racja, czasem się na czymś zawiodę, czasem to ja przesadzę. Ale te niektóre momenty bardzo motywują mnie do egzystencji. Czasem mam wrażenie, że coś pcha mnie w jakimś konkretnym kierunku i szepcze, że jest dobrze. Tylko czy to ta moja dziwna zawziętość, czy może rzeczywiście jakaś zmutowana pochodna przeznaczenia. Pewnie tego się nigdy nie dowiem, może jak umrę to dostanę taki epilog w kinie dla umarłych. Kurde, fajna opcja co? Takie kino, w którym po śmierci pokazują twoje najważniejsze momenty w życiu. Tylko tak obiektywnie, a nie z twojej znanej już perspektywy... taki neutralny film, w którym zagra się Oscarową rolę. Szczególnie w scenach, gdzie totalnie psuje się swoje życie. No dobra, Oscar za idealne podążanie ścieżką cudowności też może być. Ja dostanę Oscara za scenę złamania palca, mówię wam. Taki Oscar głupoty już na mnie na wstępie czeka.
No dobra robię wyzwanie, będę tu pisać częściej. Oscarowe metafory mnie przekonały. Coś tam w mózgu jeszcze zostało. Ale zastrzegam sobie prawo do kolejnej śmierci klinicznej bloga. No, cóż poradzić, taka już wada jego serca. :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz