Pora napisać notkę o całym roku. Mało tutaj bloguje, ale raczej notki podsumowujące staram się pisać. Szczególnie trzeba w tym roku takową napisać, bo działo się wiele. W sumie na 2016 można patrzeć dwojako: a) jako najszczęśliwszy rok (dlaczego los mnie tak hojnie obdarował?) b) jako POZORNIE szczęśliwy (wszystko to co się stało prowadzi do czegoś smutnego - coś ala zasadzka). Nie wiem sama jak go postrzegać, bo mimo fajnych rzeczy, ten rok zniszczył mi trochę nerwy. Nigdy nie bywałam tak zestresowana. Owszem stres pobudza do działania, bla bla bla. Tylko, że w pewnym momencie nie byłam pewna czy jestem zestresowana czy może nie - stał się on taki powszechny. Każdy czytelnik tego bloga wie, że jestem osobą która przejmuje się wszystkim. W takich sytuacjach tworzy się wokół mnie bariera i odczucie, że cały świat jest przeciwko mnie - a ja zrobiłam coś naprawdę złego. W 2016 bywało bardzo dużo takich "akcji", jednak każda kolejna była już słabsza i ufałam logice, że to tylko przejmowanie się niczym. No dobra, piszę tu o samych minusach... a jednak plusy też były. Największy z nich to chyba moja otwartość i odwaga. Dawniej wolałam siedzieć cicho, niewiadomo po co... (naprawdę chciałabym wiedzieć jaki był tego sens oraz cel :D) teraz mogę nawijać i nawijać - czasem mnie to przeraża! Stałam się tak bardzo pozytywna (w większości czasu, marudzę też dużo), dużo razy słyszałam, że jestem niemożliwa, że mam zwariowane pomysły. W ogóle miliony komplementów, których nigdy bym się nie spodziewała - tylko heh mimo tego wszystkiego dalej jestem bardzo krytyczna wobec siebie.
O rzeczach materialnych nie będę pisać, bo to sensu nie ma, ale oczywiście mnie one cieszą. W 2016 w końcu zaczęłam "żyć życiem", a nie tylko marzyć o tym by iść spać i mieć cudowne sny. Stąd też moje stwierdzenie, że prawdopodobnie leżę w śpiączce i to taki wielki sen. Naprawdę... niektóre akcje doprowadzały mnie do tego, że przez szczęście nie mogłam zasnąć w nocy, a jeszcze rok temu sen był moim jedynym celem dnia.
Podróże małe i duże też były. Największa podróż: Lizbona. Moje marzenie, które parę miesięcy wcześniej skradła mi moja kuzynka. Cudownie było siedzieć na skałach, gdy przede mną rozciągał się ocean. Szum wody, słońce ogrzewające mnie i w końcu czas na przemyślenia. Oczywiście przed wyjazdem los ze mnie zakpił i trochę skomplikował jedną rzecz... ale heeej, mimo wszystko było bardzo dobrze. Prosto z Lizbony leciałam do Budapesztu na dwa dni. Niestety rozchorowałam się i chodzenie po mieście nie należało do tych przyjemnych rzeczy.
Powrót do rzeczywistości był dziwny, ale potem się zreflektował i znowu wszystko wróciło na swoje tory. Pociąg mógł dalej jechać, a nawet pędzić. Trochę jak Pendolino. Chociaż czasem mam wrażenie, że te tory nie pasują do tego pociągu. Mam na myśli to, że wykoleić też się potrafił. Troszkę metafory, a co! :D
Bardzo szybko mi ten czas zleciał. Nawet za szybko, nie chcę jeszcze się starzeć (chociaż już pierwsze zmarszczki mam!!!!). Pamiętam jak jadąc tramwajem pisałam wiadomości jak bardzo przeżywam to, że już 21 lat... No to niedługo będzie 22. No okej, trzeba iść do przodu.
Jakiego roku 2017 sobie życzę? Na pewno niegorszego niż 2016. Największe życzenie to obronienie się i zakończenie licencjata. A motywacją niech będzie wakacyjna podróż...