wtorek, 27 grudnia 2016

2016?

Pora napisać notkę o całym roku. Mało tutaj bloguje, ale raczej notki podsumowujące staram się pisać. Szczególnie trzeba w tym roku takową napisać, bo działo się wiele. W sumie na 2016 można patrzeć dwojako: a) jako najszczęśliwszy rok (dlaczego los mnie tak hojnie obdarował?) b) jako POZORNIE szczęśliwy (wszystko to co się stało prowadzi do czegoś smutnego - coś ala zasadzka). Nie wiem sama jak go postrzegać, bo mimo fajnych rzeczy, ten rok zniszczył mi trochę nerwy. Nigdy nie bywałam tak zestresowana. Owszem stres pobudza do działania, bla bla bla. Tylko, że w pewnym momencie nie byłam pewna czy jestem zestresowana czy może nie - stał się on taki powszechny. Każdy czytelnik tego bloga wie, że jestem osobą która przejmuje się wszystkim. W takich sytuacjach tworzy się wokół mnie bariera i odczucie, że cały świat jest przeciwko mnie - a ja zrobiłam coś naprawdę złego. W 2016 bywało bardzo dużo takich "akcji", jednak każda kolejna była już słabsza i ufałam logice, że to tylko przejmowanie się niczym. No dobra, piszę tu o samych minusach... a jednak plusy też były. Największy z nich to chyba moja otwartość i odwaga. Dawniej wolałam siedzieć cicho, niewiadomo po co... (naprawdę chciałabym wiedzieć jaki był tego sens oraz cel :D) teraz mogę nawijać i nawijać - czasem mnie to przeraża! Stałam się tak bardzo pozytywna (w większości czasu, marudzę też dużo), dużo razy słyszałam, że jestem niemożliwa, że mam zwariowane pomysły. W ogóle miliony komplementów, których nigdy bym się nie spodziewała - tylko heh mimo tego wszystkiego dalej jestem bardzo krytyczna wobec siebie. 
O rzeczach materialnych nie będę pisać, bo to sensu nie ma, ale oczywiście mnie one cieszą. W 2016 w końcu zaczęłam "żyć życiem", a nie tylko marzyć o tym by iść spać i mieć cudowne sny. Stąd też moje stwierdzenie, że prawdopodobnie leżę w śpiączce i to taki wielki sen. Naprawdę... niektóre akcje doprowadzały mnie do tego, że przez szczęście nie mogłam zasnąć w nocy, a jeszcze rok temu sen był moim jedynym celem dnia. 
Podróże małe i duże też były. Największa podróż: Lizbona. Moje marzenie, które parę miesięcy wcześniej skradła mi moja kuzynka. Cudownie było siedzieć na skałach, gdy przede mną rozciągał się ocean. Szum wody, słońce ogrzewające mnie i w końcu czas na przemyślenia. Oczywiście przed wyjazdem los ze mnie zakpił i trochę skomplikował jedną rzecz... ale heeej, mimo wszystko było bardzo dobrze. Prosto z Lizbony leciałam do Budapesztu na dwa dni. Niestety rozchorowałam się i chodzenie po mieście nie należało do tych przyjemnych rzeczy. 
Powrót do rzeczywistości był dziwny, ale potem się zreflektował i znowu wszystko wróciło na swoje tory. Pociąg mógł dalej jechać, a nawet pędzić. Trochę jak Pendolino. Chociaż czasem mam wrażenie, że te tory nie pasują do tego pociągu. Mam na myśli to, że wykoleić też się potrafił. Troszkę metafory, a co! :D 
Bardzo szybko mi ten czas zleciał. Nawet za szybko, nie chcę jeszcze się starzeć (chociaż już pierwsze zmarszczki mam!!!!). Pamiętam jak jadąc tramwajem pisałam wiadomości jak bardzo przeżywam to, że już 21 lat... No to niedługo będzie 22. No okej, trzeba iść do przodu.
Jakiego roku 2017 sobie życzę? Na pewno niegorszego niż 2016. Największe życzenie to obronienie się i zakończenie licencjata. A motywacją niech będzie wakacyjna podróż...

niedziela, 23 października 2016

Paradoksy

Przerażają mnie czasem ludzkie uczucia i emocje. Szczególnie te moje. Dziś rozpłakałam się ze szczęścia, dosłownie. Chyba pierwsza taka chwila w moim życiu. Dotychczas płakałam tylko z bezradności i czasem smutku. Dziś było inaczej. Niekiedy trzeba spojrzeć na wszystko z tej drugiej strony. Wiadomo, człowiek taka istota, która chce więcej i więcej. Zdarza się tak, że nie doceniamy tego co mamy. Ja też podchodziłam ostatnio tylko tak, by nie stać w miejscu. Ciągle do przodu i do przodu. A w rezultacie cofałam się. Kiedyś o pewnych rzeczach tylko sobie marzyłam, a dziś są codziennością, na którą coraz mniej zwracam uwagę. No i w końcu nadszedł taki dzień, że wszystko do mnie doszło. A dokładnie przekonałam się, że jestem obecnie w sytuacji, za którą młodsza ja by zabiła. Więc dlaczego tego nie potrafię docenić? Nie wiem, wszystko mnie przerasta... Plany, działania, pomysły. Mam ich milion na sekundę. Połowa niemożliwych, 1/4 dziwnych i nienormalnych i ćwiartka tych, które jestem w stanie zrealizować. No ale dobra,,, chyba powinnam tu napisać jak bardzo jestem z siebie dumna i jak bardzo się cieszę. Od tego zacznijmy. Bo to był dobry dzień, tak jak poprzednie. 


/ paradoksy
gdy zabiłeś mnie już tysiąc razy
a ja nadal tu jestem.

środa, 12 października 2016

----

Wiatr, łza zmienia się w lód 
Strach w nas to wróg u wrót 
Zamach na nas dwoje 
My oboje winni wojen 
Płacz, walcz, zrób wiele prób 
Twój śmiech chcę słyszeć znów 
To moja, twoja wina
Chcę żebyś mocno trzymał mnie.

sobota, 1 października 2016

Sekunda

Nie zawsze jest kolorowo. Tak, zazwyczaj piszę tu w dwóch przypadkach: albo kiedy jest mega pięknie... motylki dookoła i te sprawy, albo kiedy jest ponuro. No cóż, czasem nie mogę zapanować nad własnymi myślami i choć jest pięknie, to nie mogę w to uwierzyć. Ba... zamiast się tym cieszyć, to czekam kiedy będzie źle, bo przecież nie może być tak fajnie... Ale od początku, chaotycznie i bez sensu, ale od początku...
Nie lubię tego jak inni mnie oceniają. "Przecież masz wszystko... samochód, telefon i wszystko czego zapragniesz - dlaczego narzekasz?". Tylko czy te materialne rzeczy dadzą mi szczęście? Może jakaś część mnie to docenia, ale nie o to chodzi w życiu. Znacznie bardziej cieszy mnie zarobione 50 zł, niż to które dostałam od rodziców. Zrobiłam coś sama i udowodniłam, że potrafię. To mnie cieszy. Mam w sobie ogromną motywację i siłę. Oczywiście, że nie do wszystkich spraw... no chciałabym ... Tak jak na poprzednim blogu pisałam, że potrafię wstać o 5, żeby być na 7 w szkole... Tylko dla jednej rzeczy, tylko dla sekundy, która odmieniła moje życie. A teraz? Potrafię przesiedzieć przy pracy całą noc, położyć się o 6:30 na dwie godziny po czym wstać i wrócić do komputera. Co z tego, że byłam padnięta... dodatkowo ogarnęłam cały dom, normalna ja nie miałaby na to siły. Teraz jak nawet o tym pomyślę, to nie mam siły. Jednak coś ją dodało. Już rozumiem wszystko, wiem dlaczego uważasz mnie za silną psychicznie i dzielną. Ktoś inny by się już załamał, a ja ciągle wracam. Mimo, że bywają dni, w których przeklinam wszystko i postanawiam, że już nigdy więcej... kurde, naprawdę nigdy się tyle nie napłakałam ani nie nawyzywałam się od głupich itd itp... Po tym wszystkim trzymam się tego, że to koniec. No i przychodzi ta sekunda, zawsze coś nieoczekiwanego, nagłego i zadziwiającego. Przewraca mój świat znowu do góry nogami, przestaję być zła. Po tych wszystkich dziwnych akcjach mam wrażenie, że to ja sobie stwarzam te problemy... może i jestem naiwna i daję sobą manipulować... tylko to nie jest tak, że nagle powiem sobie koniec i tyle. Zbyt skomplikowanych spraw nie da się załatwić jednym słowem. Narazie sklejam te puzzle kropelką, bo pieprzone skurczybyki lubią się gubić ;) 

Mam ochotę tu dużo napisać, ale myślę że jak na publiczny blog to i tak za dużo... Tak czy owak obecnie robię sobie przerwę w moich motywacjach. Spokojnie czekam na kolejny zaskakujący moment, bo sama siebie też mam dość :D Naprawdę... nie umiem z sobą wytrzymać. Uczelnio jak dobrze, że się zaczynasz. Matko!!!  


Prawie zapomniałam, eh. Trzeba pożegnać oficjalnie martwy granat. Tak jak żegnałam moje bordo, żegnam granacika. Nie wiem kurde, jakąś mowę pogrzebową powinnam utworzyć czy co? *Bla bla bla*, zostaniesz zawsze w mej pamięci oraz pamięci mojej Audicy. Napisałabym tu więcej rzeczy, ale już wystarczy mojego porąbania na dziś :D

środa, 17 sierpnia 2016

Ucieczka

"Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, a trawa po drugiej stronie wydaje się zieleńsza." Zawsze śmiałam się z tych twierdzeń "bo to przecież nieprawda"... no jak teraz się zorientowałam i tak i nie. Jasne, że da się odciąć od otaczającego świata. Polecieć gdzieś daleko, usiąść na skałkach przy oceanie i nie myśleć, delektować się chwilą a dodatkowo łapać słońce i cieszyć się życiem. Tylko na zawsze nie można uciec od problemów, nie można całkowicie pokolorować szarej rzeczywistości. Po tym tygodniu trzeba wrócić. Praktyki, praca, szkoła. Przecież lubię moją rutynę. Mój Śląsk, moje Katowice, jazda drogą 86 z otwartymi oknami, delektowanie się każdym uśmiechem, uściskiem. Każdy wschód i zachód słońca. Deszcz, chmury. Każda sekunda rozmowy zapamiętana przez licznik telefonu, literka w wiadomościach. Moja rutyna, moje momenty. Pora wracać.

W życiu najcenniejszą walutą jest czas. Ważne jest to jak go wykorzystujemy, nie możemy żałować naszych decyzji - to jest pewne, nikt też nie może nam dyktować jak mamy egzystować. Popełniajmy błędy, uczmy się na nich. Kreujmy swoją indywidualność. Bierzmy to co nam daje życie, nie obawiajmy się konsekwencji. Walczmy o swoje. Tak, aby przy następnym siedzeniu przy oceanie, móc to wszystko wspominać.

sobota, 30 lipca 2016

hmm

Nie umiem się nigdzie odnaleźć, wszędzie jest mi źle. Pojechałam na tą wieś, ale tu jest tak samo jak w domu. Chociaż pewnie odnalazłabym się tu... ale w samotności a tutaj wszyscy za mną biegają i tylko tym wkurzają. Pewnie, że ich za to nie winię, bo nie wiedzą nawet w jakim celu tu przyjechałam. Oprócz tego bloga i mnie to chyba nikt nie wie. Ciężko jest to wszystko opisać. Bo tu już nie chodzi o te paręnaście dni, one są tylko dowodem na to, iż sama zginę na tym świecie. Najlepsze jest to, że tyle super rzeczy wokół się ostatnio dzieje. A ja nie potrafię się w pełni z tego cieszyć, bo nie mam komu opowiedzieć. A czysty tekst nie zastąpi emocji, to już dawno wywnioskowałam. Już pierdzielić moje inne potrzeby, tak cholernie pragnę rozmowy... nie chcę wracać do dawnej siebie, nie chcę znów mieć przed oczami tylko kompleksów. Niestety nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli i tak już dostałam wiele. Może kiedyś pogodzę się z tą myślą.

piątek, 22 lipca 2016

Przepaść

Witam. Jest po 2 w nocy... pora napisać. Poczuć się jak dawniej i opublikować nocny post. Ale chwila... Dlaczego Karolino piszesz? Czyżby coś się stało? Smutek? W tym twoim arcy ciekawym życiu jest czas na smutek?! 
No dobrze zacznijmy od tego, że stanęłam na skraju przepaści. Problem w tym, że ani nie mogę skoczyć ani się cofnąć. Nie wiem. Naprawdę nic już nie wiem. Cały świat wiruje wokół, a ja obecnie mam taką samą pustkę w głowie jak miałam tego przełomowego grudniowego dnia. Z tym, że byle wiadomość by mnie teraz nie pocieszyła (no dobra... pocieszyłaby). Od tego jednego dnia minęło ponad 8 miesięcy. Bardzo szybko minęło. Powinnam teraz podkreślić jakie to super były, ale nie o to tu chodzi. Wszystkie zalety są w postach niżej albo w moim prywatnym pamiętniku. Chodzi o to, że każdy dzień powoli prowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem. Do tzw. middle of nowhere, mojej przepaści. Człowiek racjonalny zaproponuje wycofanie się - a ja powiem, że za późno. Człowiek nieracjonalny stwierdzi, że teraz albo nigdy - a ja okaże swój strach. Wspominałam, że znalazłam w sobie odwagę? Nooooo chybaaa nie do końcaaa. Tak się pochwaliłam dziś tą pewnością, że poczułam się jak jakiś szczeniaczek uczący się świata. Nie wiem co się dziś ze mną stało, nie przypominałam mojej codzienności. W zasadzie to niczego nie przypominałam. Nawet tego miliona, którym miałam być, NAWET dwóch groszy. Taka trochę bezosobowa byłam. Albo stres przed podróżą przeszedł na mnie (co jest bardzo możliwe... czasem boję się o niektóre rzeczy, które nie dotyczą mnie bezpośrednio) albo zaczęłam tracić to "coś" czym żyłam trochę czasu. Istnieje też możliwość, że kosmici zjedli mi mózg. Aczkolwiek pierwsza i druga opcja są bardziej prawdopodobne. Mózg to już dawno co innego mi zjadło. Przecież, gdybym kierowała się mózgiem, a nie emocjami byłabym w zupełnie innym miejscu. Ze mną jest jak z dzieckiem. Nie chce czegoś, ale kiedy nadarzy się okazja ZROBIĘ TO. Brak silnej woli Karolinko, brak silnej woli. Taka już jestem. Mam nadzieję, że to tylko dziś byłam taka nijaka. Jednak jutro szykuje się gorszy dzień. 

W czwartek chyba pojadę na wieś. Muszę się odciąć od tego wszystkiego. Zero telefonu, zero komputera. Zero rozmów i wiadomości. Tylko ja i mój aparat. W końcu podobno jestem "dzielna", zobaczymy na ile. Czasem próbuję, bo wiem że mogę dać radę. Ale Ty mi to psujesz, najgorsze że to lubię. No i tutaj właśnie zataczamy krąg. Uzależniłam się. A teraz wszyscy powinni wstać i chórem powiedzieć "wspieramy cię, wspieramy".

A co jest najlepsze w takich smuteczkach? Czerpię wtedy inspirację na moje projekty. Teraz też powstał pomysł. Bardzo subiektywny pomysł. Może mój okropny egoizm w końcu się do czegoś przyda. To będzie największe wyzwanie... pokazać światu co dzieje się na codzień w mojej głowie. No chyba, że ten obecny świat to serio projekt mojej wyobraźni. Może naprawdę leżę w śpiączce? Nic nie jest niemożliwe. Taki trochę świadomy sen, a ja zatraciłam się w tej iluzji. 

niedziela, 3 lipca 2016

kropka, kropka, przecinek


Call me anytime that you see the lightning
Don't you feel alone, you can always find me.


/ bywa i tak :)

piątek, 1 lipca 2016

Koniec sprytnej indywidualistki

Przychodzi w życiu czasem taki moment, że zdajemy sobie sprawę z tego, że sami nie jesteśmy w stanie czegoś zrobić. Oczywiście, że przebiega to w różnych płaszczyznach, czasem ogólnym funkcjonowaniu. Do dziś myślałam, że mi to nie grozi. Myślałam, że jestem sprytną indywidualistką, która potrafi sobie poradzić z wszystkim sama. No cóż. Patrząc na siebie w okresie ostatnich dwóch tygodni mogę stwierdzić, że ta indywidualistka zagubiła się. Ba, już pare lat temu można było odczuć lekką utratę tej cechy. Jednak dopiero teraz przeszła metamorfozę. Totalną. 

To jedna sprawa. A druga? Hmmm... czas stanąć porządnie na nogi. Wyśpię się w wakacje. Teraz potrzebuję wiatru we włosach i uśmiechu. W końcu żyje się raz, a nie chce przespać wszystkich dobrych okazji. Tak, mówię to ja wieczny śpioch. 


Może to i lekcja upadania. Może. W pełni zgadzam się na nią. 

wtorek, 28 czerwca 2016

O kurde

Dalej żyję, spokojnie... Chociaż z każdym kolejnym dniem mam wrażenie, że jestem w jakiejś śpiączce i moje życie to sen. No, ale nie ważne. Nie wiem co się ze mną stało... robię rzeczy, na które nie miałam odwagi wcześniej. Po prostu krok za krokiem przesuwam się w jakimś dziwnym kierunku. Co dziwne... podoba mi się to, ale co najgorsze - zaczęłam się przyzwyczajać. Myślałam, że apogeum już nastąpiło, bo był chwilowy spokój (który bądź co bądź mnie wkurwiał :D). Jednak była to tylko cisza przed burzą, huraganem, tornado, trąbą powietrzną, nawałnicą. Wiecie, że przyzwyczajenie się do takich potężnych żywiołów jest złe? No właśnie. Teraz porównajcie taki huragan do letniego deszczyku. Letni deszczyk już nie bawi, huragan upaja. A potem nawałnice już nie będą bawić i nastąpi koniec świata. Ah, stęskniłam się za moimi metaforami. Może znowu pora na internetowy pamiętnik? Wracając do sedna... czas to podstępna bestia, która kontroluje nas pod każdym względem. To my decydujemy czy ją oswoimy, czy będziemy jej daniem głównym. Podczas oswajania zdarzy się wiele... łzy, smutek, depresja. Jednak, gdy się to przetrwa można przepełnić się euforią - tylko po to by na następny dzień płakać. Przerabiałam to już pare lat temu... Warto? Niestety dla mnie dalej warto. 

piątek, 12 lutego 2016

Jak pryzmat ...

Cześć, jestem... żyję... nie pisałam, bo nie czuję ostatnio takiej potrzeby. Tak wiem, piszę tu tylko jak jest mi smutno. Ale ostatnio bardzo mało takich dni, oczywiście że się z tego cieszę... nigdy nie byłam tak szczęśliwa... jednak czuję, że co raz bardziej zapadam się i wpadam w bardzo głęboką otchłań. No, ale to jest tylko i wyłącznie moja decyzja. Jeszcze przyjdzie czas na trzecią próbę. Może i jestem głupia, ale co mam robić? Siedzieć i udawać, że podobają mi się moje studia? Czekać na coś, co może po prostu nie przyjść? Ja tak nie potrafię. Zawsze chodziłam pod prąd, nigdy nie chciałam podążać tą samą ścieżką co wszyscy... Siedzenie w domu może i przyjemne, ale wprowadza czarne myśli do mojej głowy. Jest taką zawirusowaną kartą SD. Nie mogę tak żyć... Przekonałam się już tej jesieni albo w "pamiętne" angielskie wakacje. Wolę mój natłok obowiązków. Za dużo kombinuje? Nie, tylko biorę to co daje mi życie. Wolę popełnić błąd niż patrzeć w lustro i obwiniać się, że nie spróbowałam. Wolę widzieć swój uśmiech niż przeglądać się w odbiciu łez. Każda decyzja boli, ale niepodjęta zadaje śmiertelny ból. Kto wie czy jutro nadal będę istnieć... dlatego lubię łapać chwile, śmiać się, starać się i angażować - a co najważniejsze widzieć uśmiech drugiej osoby. Bo w sumie od tego wszystko się zaczęło i do tego dążyłam od tych paru lat. To jest moje szczęście.