Witam. Jestem chora, więc mam czas przysiąść i trochę tu napisać. Od poprzedniego posta minął ponad rok. Z tego co widzę, próbowałam tutaj coś napisać... ale jak w większości, posty wylądowały w roboczych. Takie trochę surowe i niedokończone, więc nawet nie wiem o co w niektórych chodziło. No, a ten ostatni opublikowany post był chyba ostatnią szczęśliwą i fajną rzeczą. Dlaczego? Ok, zaczynamy.
Dorosłe życie za bardzo mnie przytłacza. Od zaczęcia normalnej pracy, żyje praktycznie od piątku do piątku. Stres, którego w takim nasileniu nigdy nie czułam, zdominował mnie maksymalnie. Codzienne pobudki są przepełnione płaczem i nienawiścią do pracy, a ja nie mam na tyle odwagi by coś zmienić. Na początku jeszcze jako tako miałam siły na rzeczy poza pracą, ale potem było ich coraz mniej przez co w mojej głowie nastąpiło jakby poukładanie swoich wartości na nowo. Czy błędnie czy nie? Ciężko mi na ten moment powiedzieć. Swoimi wyborami wywołałam chaos jakiego nigdy nie widziałam, sama na siebie nałożyłam jakieś stresy nie myśląc o konsekwencjach. Grudzień był takim przełomowym miesiącem. Jeden sen praktycznie zakończył pewien etap, który w tamtych trzymał mnie jeszcze jako tako w ryzach. Może wtedy było mi coś takiego potrzebne. Nie wiem... do kwietnia jakoś potrafiłam utrzymywać to co chciałam na dobrych torach. No, ale z każdym kolejnym dniem od kwietnia czegoś brakowało, coś zanikało... a ja zaczęłam mieć coraz bardziej obojętne ustosunkowanie. Do tego doszły problemy z pandemią i wieloma innymi sprawami ogólnokrajowymi, które wpędzają człowieka w irytację. Zaczęłam tęsknić za tą lekkością bytu z 2018 i części 2019 roku. Do teraz twierdzę, że 2018 rok był najlepszą rzeczą jaka mi się w życiu przydarzyła. Wiele razy wspominałam na tym blogu, że nie powinno się dwa razy wchodzić do tej samej rzeki... ale jak wiadomo również z tego bloga - jestem w tym mistrzynią. Tęsknię za szczerym uśmiechem i nawet tymi podróżami tramwajem, nocnymi światłami. Tak jak w grudniu śniły mi się nowe perspektywy (w które niestety uwierzyłam), to teraz śnie o tym co było. I chociaż nadeszły czasy jakie nadeszły, moją motywacją jest powrót do tych lepszych chwil. Nadal nie wiem jak połączyć je z obecną pracą... ale będę próbowała. Być może to też trochę obniży ten stres? No cóż. Zobaczymy. Na razie to mogę sobie gdybać i marzyć, ale jeszcze będzie pięknie.