sobota, 7 listopada 2020

Po ponad roku później

Witam. Jestem chora, więc mam czas przysiąść i trochę tu napisać. Od poprzedniego posta minął ponad rok. Z tego co widzę, próbowałam tutaj coś napisać... ale jak w większości, posty wylądowały w roboczych. Takie trochę surowe i niedokończone, więc nawet nie wiem o co w niektórych chodziło. No, a ten ostatni opublikowany post był chyba ostatnią szczęśliwą i fajną rzeczą. Dlaczego? Ok, zaczynamy.

Dorosłe życie za bardzo mnie przytłacza. Od zaczęcia normalnej pracy, żyje praktycznie od piątku do piątku. Stres, którego w takim nasileniu nigdy nie czułam, zdominował mnie maksymalnie. Codzienne pobudki są przepełnione płaczem i nienawiścią do pracy, a ja nie mam na tyle odwagi by coś zmienić. Na początku jeszcze jako tako miałam siły na rzeczy poza pracą, ale potem było ich coraz mniej przez co w mojej głowie nastąpiło jakby poukładanie swoich wartości na nowo. Czy błędnie czy nie? Ciężko mi na ten moment powiedzieć. Swoimi wyborami wywołałam chaos jakiego nigdy nie widziałam, sama na siebie nałożyłam jakieś stresy nie myśląc o konsekwencjach. Grudzień był takim przełomowym miesiącem. Jeden sen praktycznie zakończył pewien etap, który w tamtych trzymał mnie jeszcze jako tako w ryzach. Może wtedy było mi coś takiego potrzebne. Nie wiem... do kwietnia jakoś potrafiłam utrzymywać to co chciałam na dobrych torach. No, ale z każdym kolejnym dniem od kwietnia czegoś brakowało, coś zanikało... a ja zaczęłam mieć coraz bardziej obojętne ustosunkowanie. Do tego doszły problemy z pandemią i wieloma innymi sprawami ogólnokrajowymi, które wpędzają człowieka w irytację. Zaczęłam tęsknić za tą lekkością bytu z 2018 i części 2019 roku. Do teraz twierdzę, że 2018 rok był najlepszą rzeczą jaka mi się w życiu przydarzyła. Wiele razy wspominałam na tym blogu, że nie powinno się dwa razy wchodzić do tej samej rzeki... ale jak wiadomo również z tego bloga - jestem w tym mistrzynią. Tęsknię za szczerym uśmiechem i nawet tymi podróżami tramwajem, nocnymi światłami. Tak jak w grudniu śniły mi się nowe perspektywy (w które niestety uwierzyłam), to teraz śnie o tym co było. I chociaż nadeszły czasy jakie nadeszły, moją motywacją jest powrót do tych lepszych chwil. Nadal nie wiem jak połączyć je z obecną pracą... ale będę próbowała. Być może to też trochę obniży ten stres? No cóż. Zobaczymy. Na razie to mogę sobie gdybać i marzyć, ale jeszcze będzie pięknie. 


 

poniedziałek, 15 lipca 2019

upiększanie świata słowami

Tak sobie dziś podczas mycia zębów pomyślałam, że te moje wywody tutaj po części upiększają mój świat. Używanie tych różnych metafor tworzy trochę taki pozór barwniejszego świata. Można powiedzieć, że się zjadło bułkę, ale również można to samo zdanie ująć w dużo ładniejsze i ciekawsze słowa. Od zawsze preferowałam takie pisanie, lubię przez to też wracać do starych notek i pomyśleć o niektórych sprawach na nowo albo po prostu powspominać. Moje życie jakoś zbyt szybko nie zmienia się, ale czasem takich nagłych ruchów brakuje. Przeraża mnie trochę ta wizja totalnej rutyny i stabilizacji, a z drugiej strony nie da się inaczej. Mam nadzieję, że w tej rutynie znajdę trochę czasu na te drobne szaleństwa. Dzięki nim nie tylko słowa stają się upiększone, ale też całe moje życie. W chwilach, gdy robię najnudniejszą rzecz lubię sobie przypomnieć jedną z głupotek i na chwile odpocząć umysłowo. Dlatego dobrze jest wytwarzać coraz to nowe głupotki. Dobra zaczynam już schodzić na dziwny typ pisania. Miałam inaczej tę notkę przekazać, a jej puentą miało być to, że się zabiorę w końcu za coś kreatywnego i napiszę coś, co może się przydać nie tylko mi. Ale żeby nie zapeszać, wszelkie informacje będą nie bieżąco.

Co do zmian w życiu: jestem magistrem. Żegnaj statusie studenta, witaj stała praco. Za tydzień wyjeżdżam na ostatnie wielkie wakacje. Potem pozostaną tylko krótkie dni urlopu. Ach.

A tak w ogóle, to stwierdzam, że historia się powtarza... pod koniec czerwca poczułam ogromne zdeterminowanie tak jak rok temu. I mogę powiedzieć, że serio te 3 tygodnie wyglądały identycznie. To jest trochę przerażające, ale i śmieszne. No może ulice się zmieniły i pogoda, no i samochód. Za rok to kurna będzie prywatny odrzutowiec, co? I wtedy obiecuje, że przywalę sobie kijem w łeb... nie wiem skąd wezmę kij w takiej sytuacji, ale to zrobię!

niedziela, 16 czerwca 2019

decyzje, czyli ciężkie te dorosłe życie...

Na wstępie chciałabym pozdrowić Kaję, która wzięła sobie za wyzwanie przeczytanie CAŁEGO tego bloga. Szczerze to podziwiam, bo żaden Klan czy inna Moda na sukces nie zagwarantują takiej nudy i mindfucka w jednym. No co tu więcej mówić. Brawa.

Przechodząc do meritum dzisiejszej notki. Tak prosto bez owijania w bawełnę, żadnych pierdu pierdu o pogodzie, tylko wprost. Dostałam dziś potężną ilość decyzji do przetrawienia. Jeszcze gdyby to były decyzje w stylu: gdzie jechać na wakacje albo co zjeść. To okej. Mogę się pomylić. Coś mi może nie posmakować, a plaża może nie spełnić moich wymagań. Z tym można żyć. Natomiast te poruszane dziś sprawy mogą wpłynąć na dalszy przebieg mojego życia. Wiele osób stawia sobie na szali to czy chce więcej zarabiać, czy może po prostu żyć po swojemu już teraz i nie czekać na te miliony. I niby decyzja w moim przypadku może i kiedyś wydawałaby się łatwa. Wybrałabym po prostu większe zarobki za granicą. Nie obchodziłoby mnie nic po za rytmem: praca/dom. Z tym, że po takim dłuższym czasie socjalizacji z innymi nie wyobrażam sobie tego, że nagle coś stracę. To nie jest miasto obok, że mogę wsiąść w samochód i być za godzinę na spotkanku. To odległość licząca aż 1000 km. Z drugiej strony zapewniona dobra posada, pod mostem bym na pewno nie wylądowała. Miasto uwielbiam i miałabym spokój. Jednakże spokój w wieku 24 lat nie jest bardzo potrzebny. Zaczęłam żyć swoim życiem inaczej, to jest naprawdę diametralna zmiana w porównaniu do paru lat wstecz. Nie wiem czy ta rutyna za granicą nie wpędziłaby mnie w jeszcze większą depresję. Tu mam się jeszcze o co starać, tam nawet bariera językowa będzie stanowiła problemy. A w szczególności po co miałabym wychodzić z mojej zagranicznej ale jednak wciąż polskiej pracy do obcych ludzi. Ochhh... nienawidzę takich decyzji.



no ale póki co wakacje. Trwajcie długo proszę...

piątek, 31 maja 2019

deszcz gagatek

Tak od czasu do czasu sobie czytam tego bloga, żeby sobie przypomnieć jakim porąbanym człowiekiem byłam (dobra... jestem nim nadal, ale cicho... ma być odrobinie doroślej). Oprócz kilogramów narzekań i hektolitrów marudzeń, to pisałam dość ciekawie. Może faktycznie wykorzystam to w końcu do czegoś pożytecznego. Tego bloga nikt nie czyta, także piszę to tylko dla swoich nudnych dni. A gdyby te wszystkie metafory przelać na jakiś dramat albo nawet tę farsę, o której pisałam niedawno. Coś ciekawego mogłoby powstać i może bym potrafiła przeżyć w tym większym mieście. Rozważę to. A ten wpis ma być dowodem, że tak postanowiłam.

Co do dnia wczorajszego. No był deszcz, zwłaszcza w tych najważniejszych momentach dnia. Zaskoczył mnie ten gagatek. Przechodząc do clue... nie było tak jak myślałam, chociaż nie było też najgorzej. Oczywiście moja kochana rodzina musiała mi w najgorszych momentach przeszkodzić, ale no trudno. Tak sobie bywa. W przyszłym tygodniu będzie lepiej, no. No po prostu lepiej. Już nic konkretnego nie planuje, bo i tak moje plany zawsze szlag trafi. Takie życie, a ja dzielnie jak ulepszony Ikar sklejam sobie te skrzydełka i walczę z tymi oślepiającymi i gorącymi promieniami słońca. No!

Dobra koniec, bo idzie w stronę bezsensu. Fajnie tu wrócić.

wtorek, 28 maja 2019

majowe burze, wolę tęczę.

W sumie w farsach wszystko potem wraca do normy, no nie? Chyba u mnie w końcu też wróciło. Przyszła taka burza i potem wróciła tęcza. Co o pogodzie niestety nie mogę powiedzieć, bo moje najbliższe ambitniejsze plany zapowiadają się deszczowe. No, ale w sumie to ma swój urok. Lubię biegać w deszczu. Hmmmm ... W sumie to chciałam tu tylko napisać, że jest okej. Żyję, a tamtego wieczora nie zrobiłam nic głupiego... wręcz przeciwnie! Wszystko pięknie poukładałam.

Do piątku mój blożku! Szykuję coś specjalnego, po moim umówionym deszczowym czwartku.

czwartek, 16 maja 2019

f a r s a

Ale mam bałagan w głowie. Naprawdę taki duży, że nie wiem jak zacząć to co chciałabym tu napisać. Oj, nawet nie wiem, co mam tu napisać. Czasem czuje się takim wojownikiem o lepsze jutro, tylko że ten wojownik ma w sobie coś z Syzyfa. Czemu zawsze wybieram sytuacje oraz historie, w których nie ma tego lepszego jutra? Albo jest ono tylko mirażem, pewną maską, którą nakładam by się odciąć od pewnych spraw. W sumie ta maska, może być takim gadżetem, który zawęża mi pole widzenia. Widzę tylko, to co jest przede mną, a to co jest dookoła... widzę tylko czasami. Moje niby silne ja daje się urabiać i zawsze zaakceptuje te usprawiedliwienia. Skąd to już znam, co?

Kiedy takie chwile nadchodzą, w których widzę ten szeroki kąt, staram się go sama na siłę zawęzić. W sensie tłumaczę sobie, że to nie jest istotne i przypominam sobie jakieś fajne chwile, które tak jakby przeczą temu co jest dookoła. Teraz wspominam sprawy sprzed dwóch tygodni, powroty bez butów i totalne skupienie na tej zieleni w oczach. I fajnie jest. Nie dość, że daję się oszukiwać, to jeszcze sama siebie oszukuję. Materiał na kurna farsę. Może napiszę i chociaż będę sławna.

A teraz jest mi zimno, jestem głodna a przede mną impreza. Jak wypiję to włączy mi się tryb smsowy albo gorzej telefoniczny. Pokłócę się o nic, a rano będę się pewnie tu wypłakiwać po co to zrobiłam. No kurde farsa, moje życie to zajebista farsa.

Dobra koniec tego bezsensu.

czwartek, 9 maja 2019

Dobro, którego brakuje

Dawno mnie nie było i coś czuje, że to już będzie normą na tym blogu. Powoli umiera, tak samo jak umiera we mnie ta część, która potrafiła po swojemu obserwować świat. Do napisania tej notki zainspirował mnie blog pewnej osoby z mojej pracy. Osoby, o której słyszałam różne rzeczy, lepsze i gorsze. Nawet trochę uwierzyłam w te gorsze a lepszych nie miałam szybko okazji poszukać. Chyba nawet się nie starałam, bo w ciągu dnia nie było czasu na myślenie o osobach, z którymi nie mam na codzień do czynienia. Nie wiem jak ten wywód zacząć, odzwyczaiłam się. Kiedy pierwszy raz rozmawiałam z tą osobą (nastawiona negatywnie, bo przecież opinia innych najważniejsza, no jasne...) zobaczyłam w oczach po prostu dobro. Zazwyczaj przyciągam do siebie osoby, które nie mają czystych zamiarów, a nawet jeśli mają, to po jakimś czasie i tak coś wychodzi... Coś co mnie zszokuje i da dużo do myślenia. Sama nie jestem święta i nie wiem czy mam tyle siły w sobie, żeby mieć takie dobro w spojrzeniu. Dobro, miły głos i cholerne pozytywne podejście do życia. I na zewnątrz widzę taką właśnie osobę i dzięki temu, że w pewnym momencie postanowiłam odrzucić te złe opinie, to mogę uznać naszą współpracę za najlepszą jaką w życiu miałam. Aczkolwiek każdy w życiu ma jakieś problemy, nawet te najlepsze osoby. No i właśnie widzę odzwierciedlenie tych problemów na blogu tej osoby. Dosłownie się rozpłakałam, a jestem dopiero na drugiej stronie... W sumie niektóre tematyki zbiegły się w czasie, z tymi które ja przeżywałam ostatnio. Może dlatego mnie tak za serce to chwyciło, nie wiem. W każdym razie odkryłam na wspomnianym blogu oddawanie cierpienia, szczęścia, ogólnie emocji za pomocą sztuki. Tak jak ja kiedyś to robiłam, ale w moim wydaniu to było nieco dziecinne, bo powiedzmy sobie szczerze... jakie ja miałam problemy podczas istnienia tego bloga? Że nie wyszło mi coś, co i tak było skazane na przegraną? Że zawiódł mnie ten materialny świat? Nosz kurna... to nie są problemy. Może właśnie dlatego przestałam tu pisać, stwierdziłam że to wszystko co przeżywam nie jest wcale na tyle ciężkie. Ja sobie mogę płakać ilekroć zawiodę się na pewnej osobie, mogę żałować wszystkich kroków, które podejmuję... ale to nie jest głęboki problem, to nie jest utrudnienie w egzystencji. No jasne popłaczę sobie, ale jutro już będzie okej... znowu dam się omamić tym blaskiem i szansą życia, które tak naprawdę do mnie nie pasuje. A wtedy kiedy moje huśtawki nastrojowe trwają w najlepsze, to ludzie stykają się z naprawdę poważnymi problemami.
Wprowadzam tu duży chaos, wiem. Tu o blogu, tu o problemach. Nawet nie wiem jaki jest clue tego wywodu. Zaraz się okaże, że po prostu znów narzekam. Kończąc temat tej inspirującej w stronę sztuki osoby, chciałam powiedzieć, że we mnie też coś takiego jest. Z tym, że jak wspominałam nie jestem dobrą osobą i swoją sztukę wyrażam zupełnie inaczej. Może zbyt egoistycznie? Po prostu czasem już nie panuję nad tym wszystkim i naprawdę szczerze cieszę się, że poznaję takich znajomych. Bo one właśnie chociaż ten milimetr odwraca mnie w kierunku czegoś lepszego. I może zakończę ten wątek po prostu najlepszymi życiowymi życzeniami dla tej osoby. Żeby współpraca była dobra do końca a znajomość była po prostu dobra :)

No i co? Znowu pomarudziła i zniknie? Otóż mimo, że wokół mam te dziwne osoby, które trochę zaburzają moje dawno przyjęte wartości... to chyba jest dobrze. Racja, czasem się na czymś zawiodę, czasem to ja przesadzę. Ale te niektóre momenty bardzo motywują mnie do egzystencji. Czasem mam wrażenie, że coś pcha mnie w jakimś konkretnym kierunku i szepcze, że jest dobrze. Tylko czy to ta moja dziwna zawziętość, czy może rzeczywiście jakaś zmutowana pochodna przeznaczenia. Pewnie tego się nigdy nie dowiem, może jak umrę to dostanę taki epilog w kinie dla umarłych. Kurde, fajna opcja co? Takie kino, w którym po śmierci pokazują twoje najważniejsze momenty w życiu. Tylko tak obiektywnie, a nie z twojej znanej już perspektywy... taki neutralny film, w którym zagra się Oscarową rolę. Szczególnie w scenach, gdzie totalnie psuje się swoje życie. No dobra, Oscar za idealne podążanie ścieżką cudowności też może być. Ja dostanę Oscara za scenę złamania palca, mówię wam. Taki Oscar głupoty już na mnie na wstępie czeka.

No dobra robię wyzwanie, będę tu pisać częściej. Oscarowe metafory mnie przekonały. Coś tam w mózgu jeszcze zostało. Ale zastrzegam sobie prawo do kolejnej śmierci klinicznej bloga. No, cóż poradzić, taka już wada jego serca. :D