niedziela, 16 czerwca 2019

decyzje, czyli ciężkie te dorosłe życie...

Na wstępie chciałabym pozdrowić Kaję, która wzięła sobie za wyzwanie przeczytanie CAŁEGO tego bloga. Szczerze to podziwiam, bo żaden Klan czy inna Moda na sukces nie zagwarantują takiej nudy i mindfucka w jednym. No co tu więcej mówić. Brawa.

Przechodząc do meritum dzisiejszej notki. Tak prosto bez owijania w bawełnę, żadnych pierdu pierdu o pogodzie, tylko wprost. Dostałam dziś potężną ilość decyzji do przetrawienia. Jeszcze gdyby to były decyzje w stylu: gdzie jechać na wakacje albo co zjeść. To okej. Mogę się pomylić. Coś mi może nie posmakować, a plaża może nie spełnić moich wymagań. Z tym można żyć. Natomiast te poruszane dziś sprawy mogą wpłynąć na dalszy przebieg mojego życia. Wiele osób stawia sobie na szali to czy chce więcej zarabiać, czy może po prostu żyć po swojemu już teraz i nie czekać na te miliony. I niby decyzja w moim przypadku może i kiedyś wydawałaby się łatwa. Wybrałabym po prostu większe zarobki za granicą. Nie obchodziłoby mnie nic po za rytmem: praca/dom. Z tym, że po takim dłuższym czasie socjalizacji z innymi nie wyobrażam sobie tego, że nagle coś stracę. To nie jest miasto obok, że mogę wsiąść w samochód i być za godzinę na spotkanku. To odległość licząca aż 1000 km. Z drugiej strony zapewniona dobra posada, pod mostem bym na pewno nie wylądowała. Miasto uwielbiam i miałabym spokój. Jednakże spokój w wieku 24 lat nie jest bardzo potrzebny. Zaczęłam żyć swoim życiem inaczej, to jest naprawdę diametralna zmiana w porównaniu do paru lat wstecz. Nie wiem czy ta rutyna za granicą nie wpędziłaby mnie w jeszcze większą depresję. Tu mam się jeszcze o co starać, tam nawet bariera językowa będzie stanowiła problemy. A w szczególności po co miałabym wychodzić z mojej zagranicznej ale jednak wciąż polskiej pracy do obcych ludzi. Ochhh... nienawidzę takich decyzji.



no ale póki co wakacje. Trwajcie długo proszę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz