Oh właśnie wróciłam z kina, z kolejnej części Igrzysk Śmierci… Muszę powiedzieć, że film nie zrobił na mnie jakiegoś zbytniego wrażenia. Jednak obudził we mnie "coś" do myślenia. Ciężki temat bo ciężki, ale co tam ... WOJNA ... Rozumieć te pojęcie można różnie. Jednak te negatywne cechy czy tam wyjaśnienia przeważają. Nie chcę jednak myśleć o słownikowym znaczeniu tego słowa... Czym dla mnie jest owa sytuacja zwana wojną? Może i kiedyś była to walka o lepsze jutro jednak teraz? Kiedy patrząc prawdzie w oczy jest lepiej, ale ludzie i tak narzekają. Nawet ci najbiedniejsi żyją lepiej niż w czasach poprzedniej wojny, jednak chcemy lepiej... Owszem można, a nawet polepszanie naszego bytu jest wskazane, tylko czy musimy go udoskonalać walką z niewinnymi osobami - idąc po trupach? Wojna to nie ogół, dlaczego patrzymy przez ten pryzmat kraju? Okej, zdarza się, że nie lubimy kogoś - lecz nie zabijamy go (a jeśli to robimy, jesteśmy nienormalni) z tego powodu. Tak po części jest teraz, jakieś państwo nie lubi innego i powoli chce je zniszczyć. Nie wiem czy w tym XXI wieku jest miejsce na zdobycia terytorialne... Rozumiem mniejszości narodowe i te sprawy, jednak pytam po raz kolejny - czy to jest powód do zabijania? Myślę, że za bardzo patrzymy na ten ogół - a ów zbiorowość otacza nas znieczulicą. Może spójrzmy na każdego człowieka osobno, jest taki jak my. Ma rodzinę, którą kocha i chce bronić. Tak jak my dorastał i szedł przez życiowe ścieżki doświadczenia. Walczy dla swojego kraju, jest bohaterem dla własnej żony i dzieci - jest zmuszony do zabijania, lecz i on może polec - a co po nim zostanie? W/w ogół i płacz rodziny. I tak samo jest po drugiej stronie.
Pojęcie bohater kraju istniało dawniej, teraz jeśli by miało coś się zdarzyć, będzie jeden przycisk - cały kraj może zniknąć z powierzchni Ziemi, miliony istnień zabitych przez inne. Tyle lat walczyliśmy o pokój z ONZ na czele, a teraz zaczęły się kolejne zamieszki - tym razem na skalę światową. Czy tak ciężko zrozumieć, że jedna gierka ciągnie za sobą kolejne? To tak jak z dziećmi, "on zabierze mi zabawkę, a ja dwie". Może wszyscy się nawzajem pozabijamy, albo ów przycisk zadziała inaczej niż miał? To nie film, w życiu nie ma reguły "zło zazwyczaj przegrywa". Życie to totolotek, możesz się starać i być dobrą osobą - a "odstrzelą" cię pierwszego (nie mam na myśli dosłownego odstrzelenia, przy temacie wojny można tak pomyśleć, jednak w tym przypadku to tylko i wyłącznie metafora).
Może powinniśmy się zacząć cieszyć naszą egzystencją na tym świecie? Może natura planuje na nas zemstę rodem z filmu Interstellar? Wtedy będziemy musieli połączyć siły, chociaż taka siła pozaludzka zawsze łączyła ludzi. Pewnie każdy byłby przyjacielem, a ropa naftowa i terytorium odeszłyby na drugi plan. Zostawiam Was z tymi pytaniami...
Tekst jest w 100% subiektywny, takie są moje odczucia... Jeśli się z tym nie zgadzacie - a jest tak na pewno - to cóż, pogląd, poglądowi nie równy. A różnorodność jest piękna, czyż nie? Nie chciałam nikogo tutaj prowokować, ani nic w tym stylu... Pomysł narodził się nagle, chce mi się siku - a siedzę przy komputerze i to piszę. Cóż za poświęcenie.
Dobranoc.
