Dobra... idę spać, bo tylko się kompromituje tym wpisem. Jutro, albo kiedyś to edytuje. A na razie zostawiam taki bałagan. Masakra.
EDIT:
Dzień dobry. Przyszła pora na dopisanie czegoś więcej. Co prawda po ponad tygodniu, ale liczy się, że w ogóle tutaj coś chcę napisać.... i to nie pod wpływem euforii. Ciężko jest to wszystko tak ładnie i składnie pojąć. Dużo się zmieniło przez te 4 lata, a największe zmiany nastąpiły w przeciągu tych ostatnich dwóch. Zazwyczaj mówi się tylko o tych pozytywnych zmianach, ale każdy krok w przód pokazuje też sprawy niezbyt idealne. A ja z tymi negatywnymi rzeczami walczyć nie potrafię. Gdyby nie one byłabym spokojniejsza. Od lat piszę tu, że powinnam doceniać te drobne rzeczy wokół. Zamiast tego patrzę na dalekosiężne cele, a kiedy coś się nie uda spalam się niczym feniks. Dlaczego niczym feniks? Bo po jakimś czasie się podnoszę i znów walczę.
Czasem jak jadę samochodem myślę co takiego zrobiłam, że życie zaczęło tak wyglądać. Nie wiem, czy to mój upór czy głupota, albo może szczęście. Trochę głupoty w tym było, bo jak sobie przypomnę co robiłam, to mam ochotę schować się pod stół z zażenowania. Na szczęście wszystkie dowody (te komputerowe) spoczywają w koszu. Najgorsze jest to, że wtedy miałam tę iskierkę starań i weny. Teraz jak wszystko jest już na swoim miejscu wena się rozpłynęła. Chcę żeby powróciła, ale czasem to tak nie działa.
Wiele razy pisałam tu o tych huraganach, piorunach i wszystkich niebezpiecznych żywiołach metaforycznie oddających moje życie. No i tak właśnie to teraz jest. Oczekuje huraganu, pioruna wywrócenia wszystkiego do góry nogami. Niestety nie da się tak cały czas, w każdym przypadku przychodzi chwila spokoju i stabilności. No wiecie, dawniej to była raczej taka totalna monotonia, czekałam sobie na wtorki i tak cieszyłam się każdymi innymi koincydencjami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz