No tak. Minął już ponad miesiąc od tego jak postanowiłam, że koniec mojej przygody życia. Nadal staram się tego trzymać, ale nie zawsze wychodzi. Czasem chciałabym poczuć jeszcze tą radość, ale nie da się... nie wiem jak mam to opisać, znowu poczułam jakąś blokadę i nie widzę tych dobrych spraw, a tylko same złe. Nawet jeżeli np. przed spotkaniem nastawię się mega pozytywnie i cieszę się na samą myśl, to zawsze jest coś nie tak. Los sprowadza mnie na sam dół. Sytuacja z dziś: miałam naprawdę świetny humor, wspominałam sobie jak to było 4 lata temu... jak bardzo wszystko pchało mnie w jednym kierunku. Te wszystkie koincydencje. To nie były przypadki, naprawdę czułam się cholernie zajebiście i może byłam inna, ale każdy dzień przyprawiał mnie o pełną euforię. No i teraz jest zupełnie na odwrót. Czym więcej staram się żeby było dobrze, to jest gorzej. Miesiąc wytrzymałam bez łez, no i to by było na tyle. Chciałam zakończenie z przytupem, ale kiedy powoli nadchodzi - to czuję, że stracę wszystko. Mój sens istnienia, to tak jakby ktoś odebrał wam część mózgu, serduszka czegokolwiek ważnego. Jak mam zacząć budzić się z inną myślą, zasypiać i egzystować w ciągu dnia. Pewnie po jakimś czasie przejdzie, ale to naprawdę będzie bolesny czas. Jeśli kiedykolwiek ktoś wymyśli podróże w czasie, to nawet jeżeli miałabym pracować po 20h dziennie zarobię na to. Chociaż pewnie byłoby miło zmienić na coś pozytywnego, to chyba lepiej wymazać całkowicie te 5 lat. Nie doprowadzić do eskalacji. Taki mam plan.
Przepraszam, nie będzie tu w najbliższych miesiącach nic pozytywnego. Podziwiam moją psychikę, że nie doprowadziła jeszcze do stuprocentowej depresji. Podziwiam, że zawsze znajdzie gdzieś tę nadzieję i wiarę, że jeśli w jakiś sposób to przeznaczenie to chociażby za 10 lat się wypełni. A obecny okres to tylko nauczenie pokory i wiary w słuszność losu.