środa, 20 grudnia 2017

Akt V

Destrukcja.

Pięć lat zajęło mi żeby ogarnąć jak bardzo złą drogę wybrałam. Dopiero po tych pięciu latach zauważyłam jak raz po raz ta droga niszczyła moją percepcję i hierarchię wartości. Oczywiście, że na początku było fajnie... i chociaż te dni też były czasem przeplatane smutkiem, to było dobrze. Teraz smutek jest przeplatany dniami, które można powiedzieć, że są ok. Zatraciłam się w tym wszystkim i zgubiłam punkt odniesienia. Z euforii po paru sekundach wpadam w głęboką rozpacz, z którą musze sobie radzić sama, bo otoczenie w takich sytuacjach staje się wrogiem. Wszystko straciło kolory, a jedynym powodem żeby wstać z łóżka, to mylne przeświadczenie, że skoro idę jakoś do ludzi to tak naprawdę depresji nie mam. Nie potrafię nakładać już tej maski szczęścia, zdarza mi się popłakać na uczelni i podświadomie odpychać wszystkich wokół.

Ta ciągła analiza tego, co mogłabym zmienić żeby było jak dawniej. Te obietnice, w które nadal zdarza mi się wierzyć - nawet cieszę się tą chwilą zanim ogarnę, że to tak naprawdę kolejne słowa rzucone na wiatr. Przestałam już czekać na telefony i szukać okazji do spotkań. Już nawet nie wyglądam dobrze. Nie mam ochoty rano przejmować się tym co ubiorę. Celem każdego dnia jest jakoś go przeżyć i wrócić do łóżka, włączyć komputer i oglądać totalne pierdoły.

Do trzech razy sztuka prawda? Chciałam dużego powodu, żeby ten trzeci raz doszedł do skutku. No to proszę bardzo. Tylko ile jeszcze będę się katować zanim powiem stop, ile razy jeszcze nadużyjesz mojego zaufania i wykorzystasz moją łatwowierność. Podobno czas leczy rany, w moim przypadku to chyba nie działa, bo od roku jest tylko gorzej.