Dalej żyję, spokojnie... Chociaż z każdym kolejnym dniem mam wrażenie, że jestem w jakiejś śpiączce i moje życie to sen. No, ale nie ważne. Nie wiem co się ze mną stało... robię rzeczy, na które nie miałam odwagi wcześniej. Po prostu krok za krokiem przesuwam się w jakimś dziwnym kierunku. Co dziwne... podoba mi się to, ale co najgorsze - zaczęłam się przyzwyczajać. Myślałam, że apogeum już nastąpiło, bo był chwilowy spokój (który bądź co bądź mnie wkurwiał :D). Jednak była to tylko cisza przed burzą, huraganem, tornado, trąbą powietrzną, nawałnicą. Wiecie, że przyzwyczajenie się do takich potężnych żywiołów jest złe? No właśnie. Teraz porównajcie taki huragan do letniego deszczyku. Letni deszczyk już nie bawi, huragan upaja. A potem nawałnice już nie będą bawić i nastąpi koniec świata. Ah, stęskniłam się za moimi metaforami. Może znowu pora na internetowy pamiętnik? Wracając do sedna... czas to podstępna bestia, która kontroluje nas pod każdym względem. To my decydujemy czy ją oswoimy, czy będziemy jej daniem głównym. Podczas oswajania zdarzy się wiele... łzy, smutek, depresja. Jednak, gdy się to przetrwa można przepełnić się euforią - tylko po to by na następny dzień płakać. Przerabiałam to już pare lat temu... Warto? Niestety dla mnie dalej warto.