Wiem, wiem - znowu zaniedbałam bloga. Jednak jest tego dość logiczny powód (jak dla mnie). Streszczając go, nie chciałam tu zanudzać wakacyjnymi pierdołami tak jak zdarzyło się to rok temu. Przerwa każdemu jest potrzebna.
Te wakacje wiele mnie nauczyły, przede wszystkim tego, że nie ważne gdzie jestem czy w Anglii czy w Polsce - to i tak przeżywam wszystko identycznie. Za pewne gdybym była w USA czy Indiach by się nic nie zmieniło. Także jedyne co z tym muszę zrobić to przywyknąć; dodać na listę rzeczy, których nie lubię i nauczyć się z tym żyć. Najlepiej byłoby poczynić jednak inne kroki, ale nie jestem na to jeszcze gotowa. Niby do trzech razy sztuka, a pozostał ten ostatni i się boję, że pozostanie ostatni na zawsze.
Moja telefoniczna lista "do zrobienia" po tych wakacjach jest pełna. Niektóre rzeczy wymagały tylko wpisania w google i koniec. Z innymi było więcej zabawy, dlatego nie wszystkie zrealizowałam. Chciałam się nauczyć świadomego snu. Ale może to i dobrze, że nie wyszło? Kontrola uzależnia i gdyby tak się stało rzeczywistość byłaby ostatnią rzeczą do której bym chciała wracać. A przecież ta przewrotność ma swój urok. Szczególnie jak siedzisz wkurzona i nie zamierzasz zmieniać nastawienia, ale w jednej sekundzie złość i nienawiść niknie, a jej miejsce zajmuje niesprecyzowane szczęście i uśmiech. Nie wiem co to jest, ale działa na mnie za każdym razem kiedy jestem zła i nie mam w planach zmiany nastawienia. Powiecie "kobieta zmienną jest..." - owszem, ale to twierdzenie w tym przypadku słuszne nie jest i nie ma zastosowania. Przynajmniej ja czuję tę różnicę, a może tylko ja...
Nie wierzę, że tu piszę. Biorę się po raz kolejny za odpowiedzialność. Ale brakuje mi tych moich metafor. Jedna mi się tak bardzo spodobała, że zdobi mój profil na pewnej platformie gameing'owej. Obym tylko za parę lat wiedziała o co z nimi wszystkimi chodzi.
Welcome back.