Jeśli ognisko wygaśnie, to bardzo ciężko z powrotem je wzniecić. A już na pewno nie da się tego zrobić jeśli aura wokoło nie sprzyja. Pomógłby może ten piorun, ale w tej sytuacji nie ma to najmniejszego sensu. Trzeba się pogodzić ze zmianą, jeśli bym tylko coś pogorszyła na pewno już bym sobie nie wybaczyła. Dlatego postanowiłam żyć dalej. Nie było to łatwe, ale coś pewnego dnia się zmieniło. Wstałam i pomyślałam, ale kurde jest dobrze... jak mogłam żyć wiecznie stresując się i przejmując... i w końcu jak wspaniale jest wstawać nie myśląc jak ten cały pierdolnik naprawić. Puzzle od początku nie pasowały do siebie, a ja na siłę je układałam. Było chwile dobrze, są wspomnienia i to wystarczy. Koniec tego etapu! Blog przy tym traci trochę sens, ale who cares... Jeśli serwery wytrzymały te 5 lat wahań moich humorów, to wytrzymają coś zupełnie nowego. W sumie trochę to ekscytujące, dawno nie czułam takiej motywacji.
Hello new world!
poniedziałek, 5 marca 2018
czwartek, 8 lutego 2018
ohnetietel
No tak. Minął już ponad miesiąc od tego jak postanowiłam, że koniec mojej przygody życia. Nadal staram się tego trzymać, ale nie zawsze wychodzi. Czasem chciałabym poczuć jeszcze tą radość, ale nie da się... nie wiem jak mam to opisać, znowu poczułam jakąś blokadę i nie widzę tych dobrych spraw, a tylko same złe. Nawet jeżeli np. przed spotkaniem nastawię się mega pozytywnie i cieszę się na samą myśl, to zawsze jest coś nie tak. Los sprowadza mnie na sam dół. Sytuacja z dziś: miałam naprawdę świetny humor, wspominałam sobie jak to było 4 lata temu... jak bardzo wszystko pchało mnie w jednym kierunku. Te wszystkie koincydencje. To nie były przypadki, naprawdę czułam się cholernie zajebiście i może byłam inna, ale każdy dzień przyprawiał mnie o pełną euforię. No i teraz jest zupełnie na odwrót. Czym więcej staram się żeby było dobrze, to jest gorzej. Miesiąc wytrzymałam bez łez, no i to by było na tyle. Chciałam zakończenie z przytupem, ale kiedy powoli nadchodzi - to czuję, że stracę wszystko. Mój sens istnienia, to tak jakby ktoś odebrał wam część mózgu, serduszka czegokolwiek ważnego. Jak mam zacząć budzić się z inną myślą, zasypiać i egzystować w ciągu dnia. Pewnie po jakimś czasie przejdzie, ale to naprawdę będzie bolesny czas. Jeśli kiedykolwiek ktoś wymyśli podróże w czasie, to nawet jeżeli miałabym pracować po 20h dziennie zarobię na to. Chociaż pewnie byłoby miło zmienić na coś pozytywnego, to chyba lepiej wymazać całkowicie te 5 lat. Nie doprowadzić do eskalacji. Taki mam plan.
Przepraszam, nie będzie tu w najbliższych miesiącach nic pozytywnego. Podziwiam moją psychikę, że nie doprowadziła jeszcze do stuprocentowej depresji. Podziwiam, że zawsze znajdzie gdzieś tę nadzieję i wiarę, że jeśli w jakiś sposób to przeznaczenie to chociażby za 10 lat się wypełni. A obecny okres to tylko nauczenie pokory i wiary w słuszność losu.
Przepraszam, nie będzie tu w najbliższych miesiącach nic pozytywnego. Podziwiam moją psychikę, że nie doprowadziła jeszcze do stuprocentowej depresji. Podziwiam, że zawsze znajdzie gdzieś tę nadzieję i wiarę, że jeśli w jakiś sposób to przeznaczenie to chociażby za 10 lat się wypełni. A obecny okres to tylko nauczenie pokory i wiary w słuszność losu.
poniedziałek, 1 stycznia 2018
2017
Trzeba podsumować ten rok. Oczywiście nie był on najlepszy, patrząc na moje 22 lata życia można powiedzieć, że był zdecydowanie najgorszy. Jednak nie można czegoś ocenić za 100% czarne lub białe. Z tym moim "najgorszym" rokiem było podobnie. Mimo wielu chwil słabości były też te fajne. Na pewno początek nie był taki zły wtedy jeszcze na mojej buźce królował uśmiech i doceniałam każde dobro, które mnie spotkało. Chyba za bardzo się w tym dobru zatraciłam, albo chciałam go jeszcze więcej. Coś się po prostu popsuło, może na moje życzenie... nie mam pojęcia. Ja stałam się cieniem samej siebie, nawet specjalnie nie zabiegałam o to żeby ktoś mnie dostrzegł. Celem była moja strefa komfortu czyli dom, to co działo się po za nim przestawało mieć znaczenie. Wszelkie kontakty międzyludzkie zaczęły mnie wkurzać, a z drugiej strony moja świadomość przez tą negatywną energię krzyczała wręcz o pomoc. Bardzo chciałam by mnie ktoś wysłuchał, ale osoba, której próbowałam to powiedzieć, nie traktowała tego poważnie. Wręcz nabijał się, po co mi to wszystko. Sama chciałabym wiedzieć po co. W jakimś sensie jestem silna, ale po tylu rozczarowaniach ta siła gdzieś prysnęła. Jeśli najbliższa osoba ignoruje cię, to tracisz wiarę w to, że wyleczysz się ze swoich problemów, że będziesz w stanie komuś zaufać. No i pod koniec tego roku zobaczyłam, że jest tak z prawie wszystkim. Jeśli ja nie wykażę inicjatywy, to po prostu jest tak jakbym po prostu nie istniała. No i tak to właśnie wyglądało pod koniec roku i to najbardziej dało mi w kość.
Nie umiem dosyć klarownie tego opisać... ale wczoraj stojąc i czekając na fajerwerki postanowiłam, że nigdy więcej... że skoro zaczyna się nowy rok nie doprowadzę do tego, żeby trwał w samym smutku. I co najważniejsze: nie dać się już więcej manipulować, bo chociaż robiłam wszystko prosto z serduszka, w większości nie było to docenione.
Żegnaj przeszłości. Żegnaj 2017.
Nie umiem dosyć klarownie tego opisać... ale wczoraj stojąc i czekając na fajerwerki postanowiłam, że nigdy więcej... że skoro zaczyna się nowy rok nie doprowadzę do tego, żeby trwał w samym smutku. I co najważniejsze: nie dać się już więcej manipulować, bo chociaż robiłam wszystko prosto z serduszka, w większości nie było to docenione.
Żegnaj przeszłości. Żegnaj 2017.
środa, 20 grudnia 2017
Akt V
Destrukcja.
Pięć lat zajęło mi żeby ogarnąć jak bardzo złą drogę wybrałam. Dopiero po tych pięciu latach zauważyłam jak raz po raz ta droga niszczyła moją percepcję i hierarchię wartości. Oczywiście, że na początku było fajnie... i chociaż te dni też były czasem przeplatane smutkiem, to było dobrze. Teraz smutek jest przeplatany dniami, które można powiedzieć, że są ok. Zatraciłam się w tym wszystkim i zgubiłam punkt odniesienia. Z euforii po paru sekundach wpadam w głęboką rozpacz, z którą musze sobie radzić sama, bo otoczenie w takich sytuacjach staje się wrogiem. Wszystko straciło kolory, a jedynym powodem żeby wstać z łóżka, to mylne przeświadczenie, że skoro idę jakoś do ludzi to tak naprawdę depresji nie mam. Nie potrafię nakładać już tej maski szczęścia, zdarza mi się popłakać na uczelni i podświadomie odpychać wszystkich wokół.
Ta ciągła analiza tego, co mogłabym zmienić żeby było jak dawniej. Te obietnice, w które nadal zdarza mi się wierzyć - nawet cieszę się tą chwilą zanim ogarnę, że to tak naprawdę kolejne słowa rzucone na wiatr. Przestałam już czekać na telefony i szukać okazji do spotkań. Już nawet nie wyglądam dobrze. Nie mam ochoty rano przejmować się tym co ubiorę. Celem każdego dnia jest jakoś go przeżyć i wrócić do łóżka, włączyć komputer i oglądać totalne pierdoły.
Do trzech razy sztuka prawda? Chciałam dużego powodu, żeby ten trzeci raz doszedł do skutku. No to proszę bardzo. Tylko ile jeszcze będę się katować zanim powiem stop, ile razy jeszcze nadużyjesz mojego zaufania i wykorzystasz moją łatwowierność. Podobno czas leczy rany, w moim przypadku to chyba nie działa, bo od roku jest tylko gorzej.
Pięć lat zajęło mi żeby ogarnąć jak bardzo złą drogę wybrałam. Dopiero po tych pięciu latach zauważyłam jak raz po raz ta droga niszczyła moją percepcję i hierarchię wartości. Oczywiście, że na początku było fajnie... i chociaż te dni też były czasem przeplatane smutkiem, to było dobrze. Teraz smutek jest przeplatany dniami, które można powiedzieć, że są ok. Zatraciłam się w tym wszystkim i zgubiłam punkt odniesienia. Z euforii po paru sekundach wpadam w głęboką rozpacz, z którą musze sobie radzić sama, bo otoczenie w takich sytuacjach staje się wrogiem. Wszystko straciło kolory, a jedynym powodem żeby wstać z łóżka, to mylne przeświadczenie, że skoro idę jakoś do ludzi to tak naprawdę depresji nie mam. Nie potrafię nakładać już tej maski szczęścia, zdarza mi się popłakać na uczelni i podświadomie odpychać wszystkich wokół.
Ta ciągła analiza tego, co mogłabym zmienić żeby było jak dawniej. Te obietnice, w które nadal zdarza mi się wierzyć - nawet cieszę się tą chwilą zanim ogarnę, że to tak naprawdę kolejne słowa rzucone na wiatr. Przestałam już czekać na telefony i szukać okazji do spotkań. Już nawet nie wyglądam dobrze. Nie mam ochoty rano przejmować się tym co ubiorę. Celem każdego dnia jest jakoś go przeżyć i wrócić do łóżka, włączyć komputer i oglądać totalne pierdoły.
Do trzech razy sztuka prawda? Chciałam dużego powodu, żeby ten trzeci raz doszedł do skutku. No to proszę bardzo. Tylko ile jeszcze będę się katować zanim powiem stop, ile razy jeszcze nadużyjesz mojego zaufania i wykorzystasz moją łatwowierność. Podobno czas leczy rany, w moim przypadku to chyba nie działa, bo od roku jest tylko gorzej.
czwartek, 7 września 2017
NIE
Miałam dziś fajny sen. Tak powinnam zacząć i zakończyć tą notkę. Totalnie oduczyłam się tutaj pisać. Co próbuję to notka ląduje w roboczych. Może dzisiaj z racji tego fajnego snu coś opublikuje. Dzień bądź co bądź trzeba zaliczyć do udanych. Hmm... (opiszę to co właśnie robię przed komputerem... śmieje się z tego, że nie wiem jak przelać na kompa mój dzień. Nie wiem czego się boję. Może tego, że ten blog ujrzy w końcu światło dzienne i mnie ukamieniują wzrokiem za to co piszę... baaaa, żeby tylko wzrokiem :D) No ogólnie, to byłam dziś miła, nawet można powiedzieć, że po części sen się spełnił (nie część o USA, ale taka późniejsza już tak...:D)
Dobra... idę spać, bo tylko się kompromituje tym wpisem. Jutro, albo kiedyś to edytuje. A na razie zostawiam taki bałagan. Masakra.
EDIT:
Dobra... idę spać, bo tylko się kompromituje tym wpisem. Jutro, albo kiedyś to edytuje. A na razie zostawiam taki bałagan. Masakra.
EDIT:
Dzień dobry. Przyszła pora na dopisanie czegoś więcej. Co prawda po ponad tygodniu, ale liczy się, że w ogóle tutaj coś chcę napisać.... i to nie pod wpływem euforii. Ciężko jest to wszystko tak ładnie i składnie pojąć. Dużo się zmieniło przez te 4 lata, a największe zmiany nastąpiły w przeciągu tych ostatnich dwóch. Zazwyczaj mówi się tylko o tych pozytywnych zmianach, ale każdy krok w przód pokazuje też sprawy niezbyt idealne. A ja z tymi negatywnymi rzeczami walczyć nie potrafię. Gdyby nie one byłabym spokojniejsza. Od lat piszę tu, że powinnam doceniać te drobne rzeczy wokół. Zamiast tego patrzę na dalekosiężne cele, a kiedy coś się nie uda spalam się niczym feniks. Dlaczego niczym feniks? Bo po jakimś czasie się podnoszę i znów walczę.
Czasem jak jadę samochodem myślę co takiego zrobiłam, że życie zaczęło tak wyglądać. Nie wiem, czy to mój upór czy głupota, albo może szczęście. Trochę głupoty w tym było, bo jak sobie przypomnę co robiłam, to mam ochotę schować się pod stół z zażenowania. Na szczęście wszystkie dowody (te komputerowe) spoczywają w koszu. Najgorsze jest to, że wtedy miałam tę iskierkę starań i weny. Teraz jak wszystko jest już na swoim miejscu wena się rozpłynęła. Chcę żeby powróciła, ale czasem to tak nie działa.
Wiele razy pisałam tu o tych huraganach, piorunach i wszystkich niebezpiecznych żywiołach metaforycznie oddających moje życie. No i tak właśnie to teraz jest. Oczekuje huraganu, pioruna wywrócenia wszystkiego do góry nogami. Niestety nie da się tak cały czas, w każdym przypadku przychodzi chwila spokoju i stabilności. No wiecie, dawniej to była raczej taka totalna monotonia, czekałam sobie na wtorki i tak cieszyłam się każdymi innymi koincydencjami.
piątek, 24 marca 2017
3 lata
No i blog już ma trzy latka. Jak to leci... pamiętam jak na poprzednim obchodziłam 3 lata istnienia, a tu już kolejny tyle ma. Myślałam cały tydzień co by tutaj napisać. Rok temu ominęłam ten dzień, a dwa lata temu też zastanawiałam się co takiego napisać i po prostu wyjaśniłam pochodzenie nazwy. Myślę, że dzień w którym założyłam bloga był w jakimś sensie wyjątkowy. Może dzień, a może po prostu to zderzenie dwóch światów, które tak naprawdę są jednym okropnie chaotycznym światem. Kiedy w życiu człowieka zaczyna się coś dziać, ma ochotę gdzieś to przelać, a że ja nie do końca jestem istotą społeczną (która musi znajomym opisać dokładnie swój "problem") wybrałam blog. Wiem, że w większości opisuje tu jakieś dziwne depresyjne chwile, ale właśnie wtedy mam czas największych przemyśleń. Nie potrafię czasem pojąć co się wokół mnie dzieje i dlaczego, więc chce tu to napisać. Może za 10 lat będę się z tego śmiać... takie problemy, problemiki.
Ogólnie rok 2014, był takim dziwnym rokiem. Dziwnym, ale gdyby go nie było, to nie wiem czym bym się stała. Oczywiście, nie ma co gdybać. Może w alternatywnej przestrzeni, gdzie wybrałam inną kolej rzeczy jestem szczęśliwsza? Kurczę. Szczęście to takie subiektywne odczucie. Ciężko jest o nim myśleć, a co dopiero dyskutować. Hmmm... no dobra.
Co się zmieniło przez te trzy lata? Oj dużo. Pierwszą rzeczą jest na pewno nieregularne pisanie tutaj. Jeśli jednak miałabym opisywać każdy dzień, byłaby jeszcze większa nuda. Także moje marudzenie, narzekanie to taka norma. Dziwne wypaczenia na szczęście minęły, oh głupotki, głupotki. No, ale nie wszystko się zmieniło, np. dalej prawie codziennie pokonuje te same tory, tym razem w drodze do pracy. Trafiam nieraz na ciapągi. Nadal mam stresa, że komuś rozwalę auto stojąc w korku na słynnej górce pod torami. No i nadal kolorem idealnym jest niebieski. Coś tam z szalonej blondynki zostało. Tylko teraz auto inne i mniej blondu na włosach. Nie no, jest spoko.
Taka nijaka ta notka wyszła. Nie umiem już pisać na spontanie. Może coś jutro edytuję (pewnie nie! :D) A tymczasem pora spać.
piątek, 10 marca 2017
∆ ∆ ∆
O kurde. Jak niewiele trzeba by rozpalić ogień, jak niewiele trzeba by stać się celem pioruna. Ale jak wiele trzeba by te ognisko utrzymać, jak wiele trzeba żeby od tego pioruna nie zginąć. Ja tak naprawdę co chwile ginę. Niczym feniks. Umieram by podnieść się i pokazać kim jestem. Człowiek przyzwyczaja się do jakiegoś stanu rzeczy i powoli to zaczyna być życiową normą. Czasem wkurwiającą, no bo zawsze chcemy iść na przód a nie stać w miejscu... nie wiem do czego zmierzam tą wypowiedzią. Nie wiem w ogóle do czego tak naprawdę zmierzam. Jak głosi eudajmonizm wszyscy zmierzamy do szczęścia... tylko szczęście w tym rozumieniu opiera się na dobru. A w tym przypadku dobro i moralność jest łamane. Więc w teorii nie zmierzam do szczęścia, tylko do autodestrukcji. Chciałabym chociaż raz to wszystko zrozumieć, naprawdę... bo to mi daje tyle energii i uciechy z życia. Bez tego wszystko traci sens, wszystko to co do tej pory zrobiłam i robię. W tamtym roku było łatwiej, teraz mam wrażenie że sama próbuję wszystko ogarniać by było tak samo. Niestety połowa 100% to tylko 50%, a skoro z takim wynikiem nie da się nawet zdać egzaminów, to jak mam dawać radę tworzyć coś za dwie osoby? A może to ja się zmieniłam, może tak naprawdę to wszystko moja wina i ja psuje tą sielankę. No widzicie, wszystko do tej autodestrukcji się sprowadza. Myślę, że zostały mi dwie ostatnie szanse. Jeśli je przegram, poddaje się. Mimo, że czuje, że to naprawdę jest ten kierunek i cel... nie wytrzymam już dłużej psychicznie. Nie chcę też żeby inni cierpieli i obwiniali się, że jestem smutna - przecież to wszystko po mnie widać. Ja wiem, że piszę tu raz tak, raz tak. Tylko to nie jest takie proste, jak może się wydawać. Nie mam silnej woli w chudnięciu i innych dziwnych rzeczach, ale w tym przypadku potrafię poświęcić wszystko żeby czuć się tak, jak opisuje to w tych wesołych notkach. Dosłownie wszystko. Chyba nie jestem dobra w układaniu puzzli.
Każde z nas już dobrze wie, że sentymenty złe potrafią zabić tylko mnie.